2005infonr_8.htm

240 KING STREET LONDON W 6 ORF GREAT BRITAIN

Wszelkie adresy pocztowe i internetowe oraz numery telefonów i faksów do członków sekretariatu, jak również numer konta bankowego EUWP znajdują się na stronach internetowych EUWP: www.euwp.org Strony te są prowadzone przez Sekretarza Generalnego EUWP, Romana Śmigielskiego.

 

Listy Redaguje: Tadeusz Adam Pilat

Wszelką korespondencję w sprawie „Listów informacyjnych” prosimy przesyłać na adres: „NOVINAGĹRD” Ängahusvägen 22, 26176 Asmundtorp, SWEDEN

tel.0046-418-432302, tel/fax –432394, tel.kom.0046-703-433010, e-mail t.a.pilat@semera.se

Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy,

W liście zamieszczamy materiały, nadpływające do nas do dnia 11 sierpnia i niektóre wcześniejsze, które nadeszły z opóźnieniem. Zdecydowaliśmy się na dość duży wybór tekstów, gdyż wiemy, że nie wszyscy korzystają z źródeł internetowych lub mają szeroki dostęp do mediów.

Łączę serdeczne pozdrowienia.

Sierpień - 2005 r. Tadeusz Adam Pilat - Wiceprezydent EUWP

1) Piąta kolumna Łukaszenki Artykuł Paweła Szaniawskiego z 14/6 . MSZ tolerowało Kruczkowskiego. Próby podporządkowanie władzom białoruskim Domów Polskich.

2) Uchwała Senatu Rzeczpospolitej Polskiej z 28/7 dotycząca sytuacji mniejszości polskiej na Białorusi, krytyczna wobec władz białoruskich.

3) Odezwa Tadeusza Gawina do członków i sympatyków ZPB Rozdawany 1/8 tekst protestu pierwszego prezesa ZPB Tadeusza Gawina, przeciw siłowym rozwiązaniom władz białoruskich, nawoływanie do walki z przemocą i bezprawiem.

4) Litwini solidarni z Polakami na Białorusi

Protest w Wilnie 5/8. Polscy dziennikarze domagają się uwolnienia Andrzeja Pisalnika

5) „Solidarność mniejszości” Wywiad Marcina Wojciechowskiego z 5/8 z Mirosławem Czechem, sekretarzem gen. Partii Demokratycznej i działaczem mniejszości ukraińskiej w Polsce.
6) „Polacy nie rozumieją Białorusinów” Wywiad Marcina Wojciechowskiego z 5/8, z Jerzym Chmielewskim, działaczem mniejszości białoruskiej w Polsce, szefem Stow. Dziennikarzy Białoruskich w Białymstoku, redaktorem miesięcznika mniejszości białoruskiej „Czasopis”.

7) „Bezkarność Łukaszenki” Wypowiedź w tygodniku "Wprost" z 7/8 Stanisława Szuszkiewicza, byłego prezydenta Białorusi, obecnie lidera opozycji.

8) „Rubikon” Wypowiedź w tygodniku "Wprost" z 7/8 Vincuka Viacorka, Przewodniczącego Białoruskiego Frontu Narodowego, jednego z liderów demokratycznej opozycji na Białorusi.
9) „Okrągły stół” i odezwa w Grodnie Informacja PAP z 11/8 dotycząca „okrągłego stołu" w Grodnie i powstawaniu „odezwy” Polaków na Białorusi do władz polskich.

10) Pisalnik wyszedł z aresztu Informacja PAP z 11/8 dotycząca redaktora naczelnego tygodnika "Głos znad Niemna" Andrzeja Pisalnika, o więzieniu i prześladowaniu innych działaczy. 11) Odezwa do władz Polski Informacja PAP z 11/8 dotycząca wydania przez Polaków z Grodzieńszczyzny krytycznej odezwy do polskich władz.

12) „Atak na Polaków początkiem wyborczej kampanii Łukaszenki” Informacja PAP z 11/8 o krytycznym wobec Łukaszenki artykule w litewskim tygodniku "Veidas".

13) Korwin-Mikke i Tejkowski w białoruskiej telewizji
Oskarżenia białoruskiej telewizji publicznej wobec Polski.

* * *

1) Piąta kolumna Łukaszenki Paweł Szaniawski (14/6-2005)

MSZ od lat tolerowało uległego wobec lokalnych władz szefa Związku Polaków na Białorusi Tadeusza Kruczkowskiego mimo sygnałów, że działał na szkodę organizacji, którą kierował. Dotarliśmy do wewnętrznych dokumentów białoruskiego Komitetu ds. Religii i Narodowości. Wynika z nich, że w ubiegłym roku Kruczkowski i ówczesny prezes Rady Naczelnej ZPB Konstanty Tarasiewicz za plecami polskiej ambasady, a nawet pozostałych członków Zarządu związku, zabiegali w administracji prezydenta Białorusi o podporządkowanie miejscowym władzom Domów Polskich w tym kraju. Na ich budowę lub zakup oraz remonty prawie 11 mln zł z polskiego budżetu przekazało finansowane przez Senat RP stowarzyszenie Wspólnota Polska.

Prezes z magnetofonem
Przyparty do muru Kruczkowski stwierdził, że jego intencje zostały źle odczytane, a chodziło mu wyłącznie o uzyskanie dodatkowych pieniędzy na działalność Domów. – Już od pewnego czasu patrzyliśmy na panów Kruczkowskiego i Tarasiewicza podejrzliwie. Ostatnie ich działania potwierdzają, że naprawdę chcieli podporządkować Domy Polskie sieci białoruskich domów kultury – mówi prof. Andrzej Stelmachowski, prezes Wspólnoty Polskiej.

Zaniepokojenie narastało w miarę jak prezes ZPB mimo upływu kadencji, wbrew statutowi nie zamierzał zwoływać zjazdu i wysyłał petycje do białoruskich władz o arbitralne uznanie, że nadal może pełnić swoje obowiązki. Jednak nawet wtedy niektórzy polscy urzędnicy wspierali nieusuwalnego prezesa. Przykładem jest obecny konsul generalny RP w Grodnie Andrzej Krętowski, którego z Kruczkowskim łączyła powszechnie znana zażyłość. Wydawał bezpłatne wizy licznym protegowanym Kruczkowskiego, na ogół nie- mającym nic wspólnego ze związkiem i odmawiał tego działaczom zgłaszanym przez opozycyjnych wobec prezesa członków władz ZPB. W tej sprawie Józef Porzecki, wiceprezes związku, skierował nawet do konsula oficjalny protest w grudniu ubiegłego roku. Czujności konsula nie wzbudził nawet fakt, że – jak dowiedzieliśmy się od informatora z Grodna – na jedną z rozmów z konsulem Kruczkowski usiłował wejść z ukrytym magnetofonem, na czym został przyłapany przez pracowników ochrony konsulatu. – To był redakcyjny magnetofon. Nagrywałem wcześniej audycję dla „Głosu znad Niemna” i zapomniałem go wyłączyć – tłumaczy teraz Kruczkowski. Na marcowym VI Zjeździe ZPB Kruczkowski został odsunięty i na prezesa związku delegaci wybrali Andżelikę Borys. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Krętowski nie tylko nie zaprzestał spotkań z Kruczkowskim, ale też całkowicie ignorował korespondencję ze strony Borys, w której zwracała się do niego o pomoc. – Od zjazdu jedyną osobą, z jaką kontaktuję się jako z przedstawicielem ZPB, jest Andżelika Borys – zapewnił Krętowski. Potem odmówił dalszej rozmowy, tłumacząc, że połączenia telefoniczne, a nawet poczta elektroniczna są inwigilowane przez służby specjalne.

Kruczkowski na ekranie
Konsul uznał nowe władze ZPB z dużym opóźnieniem w stosunku nie tylko do własnych przełożonych w MSZ, ale także do polskich władz, do których w końcu, po z górą czterech latach, zaczął docierać realny obraz sytuacji. Kropkę nad i postawił wyemitowany 13 maja przez reżimową Białoruską Telewizję Państwową film szkalujący pracowników Ambasady RP w Mińsku, w którym Kruczkowski i kilku jego współpracowników występują w roli demaskatorów „wywrotowej” roli polskiej placówki. Dopiero wtedy nasze MSZ zapowiedziało, że osoby łamiące prawa Polaków na Białorusi „muszą liczyć się z konsekwencjami”. ŻW jako pierwsze ujawniło, że owymi konsekwencjami ma być wprowadzenie zakazu wjazdu do Polski dla osób działających na szkodę mniejszości polskiej. Według naszych informacji są wśród nich m.in. byli „działacze” ZPB, redaktor naczelny „Głosu znad Niemna” Andrzej Dubikowski, funkcjonariusze KGB i minister sprawiedliwości Białorusi Wiktor Gołowanow, który grozi delegalizacją polskiej organizacji i domaga się przywrócenia Kruczkowskiego. Mamy już oficjalne potwierdzenie, że sankcje weszły w życie. – Lista owych kilkunastu osób zaczęła już obowiązywać. Osoby na niej umieszczone przez trzy lata ze względu na bezpieczeństwo państwa nie mogą przekraczać polskiej granicy – potwierdza w rozmowie z ŻW Jan Węgrzyn, dyrektor generalny Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców.

Błędna polityka lewicy
Jednak dziś na twarde stanowisko jest już za późno. Związek Polaków jest osłabiony i walczy tylko o przetrwanie. Honorowy prezes ZPB Tadeusz Gawin, który kierował związkiem przez 10 lat, już w 2003 roku ostrzegał w liście otwartym do członków ZPB, że „gwałtownie spada autorytet związku, na który tak ciężko wszyscy pracowaliśmy”. Alarmował, że Kruczkowski łamie statut i kompromituje organizację. Polskie władze nie reagowały. – Po wygranych przez lewicę wyborach w 2001 roku wprowadzono w życie koncepcję, żeby izolować ZPB od życia publicznego. Nazwałbym to koncepcją „polskiego getta”. Prowadziła ona do stopniowej marginalizacji związku. To, co się teraz dzieje, jest wynikiem owej polityki. Dzięki niej władze Białorusi osłabiły związek i przygotowały grunt pod frontalny atak – uważa były ambasador RP na Białorusi Mariusz Maszkiewicz. W zamian za „apolityczność” ZPB polska mniejszość nie uzyskała w ciągu ponad czterech lat absolutnie nic. Władze białoruskie nie pozwoliły otworzyć ani jednej nowej polskiej szkoły, nie sfinansowały żadnej polonijnej imprezy, spadła liczba uczniów klas polskich oraz nakład gazety „Głos znad Niemna”, odeszło wielu aktywnych młodych działaczy.

Kiedy KGB wzywało Polaków na nocne przesłuchania, minister z SLD Jacek Piechota paradował na zorganizowanym przez ambasadę Białorusi w Warszawie propagandowym show gospodarczym demonstrując „konstruktywną współpracę”.

Milczenie MSZ
Zadaliśmy w sprawie Białorusi wiele pytań rzecznikowi resortu spraw zagranicznych. Mimo ponagleń Aleksander Chećko zwlekał kilka dni, by w końcu odmówić odpowiedzi. Niestety, podobną strategię chowania głowy w piasek MSZ stosowało od lat na Białorusi.

2) Uchwała Senatu Rzeczpospolitej Polskiej z dnia 28 lipca 2005 r. dotycząca sytuacji mniejszości polskiej na Białorusi

Senat Rzeczypospolitej Polskiej wyraża stanowczy protest wobec rozszerzania się i pogłębiania antypolskiej polityki władz Republiki Białorusi i łamania praw mniejszości polskiej w tym kraju. W ostatnim czasie władze Białorusi, naruszając prawa człowieka, zwiększyły zakres i stopień represji wobec wielu Polaków tam mieszkających, szczególnie wobec członków i działaczy Związku Polaków na Białorusi. Senat Rzeczypospolitej Polskiej wyraża swój sprzeciw wobec łamania praw człowieka i stosowanych przez władze Republiki Białoruś szykan i represji w stosunku do mniejszości polskiej skupionej w Związku Polaków na Białorusi i jego władz wyłonionych w demokratycznych wyborach w marcu br. Senat RP zwraca się do Prezydenta RP i Rządu RP o podjęcie skutecznych działań w celu zapewnienia przestrzegania praw polskiej mniejszości na Białorusi. Uchwała podlega ogłoszeniu w Dzienniku Urzędowym "Monitor Polski".

Wicemarszałek Senatu Ryszard Jarzembowski

 

3) Odezwa Tadeusza Gawina do członków i sympatyków ZPB

1 sierpnia 2005 r. w Grodnie podczas demonstracji przed siedzibą Związku Polaków na Białorusi, protestujący przeciwko siłowemu przejęciu budynku przez uznawanego przez Mińsk prezesa T. Kruczkowskiego otrzymali "Odezwę", podpisaną przez pierwszego prezesa ZPB Tadeusza Gawina.
Gawin wezwał członków ZPB i wszystkich sympatyków organizacji, aby nie dopuścili do przeprowadzenia planowanego na 27 sierpnia ponownego VI zjazdu ZPB, jak ustaliła w Szczuczynie tzw. "stara" Rada Naczelna ZPB, wykonująca zalecenie Ministerstwa Sprawiedliwości Białorusi.

Do członków Związku Polaków na Białorusi, do wszystkich sympatyków organizacji !
W nocy z 27 na 28 lipca 2005 r. na "bagnetach" OMON-u dokonano przewrotu w Związku Polaków na Białorusi. Celem siłowej akcji milicji oraz służb specjalnych było obalenie legalnie wybranej w wolnych i demokratycznych wyborach prezes ZPB Andżeliki Borys. Na czele przewrotu stał zbankrutowany społecznie były prezes Związku Tadeusz Kruczkowski. Wszystkich obecnych późnym wieczorem w siedzibie ZPB wraz z Andżeliką Borys - razem ponad 20 osób - za pomocą brutalnej siły wypędzono z siedziby, aresztowano i osadzono w posterunkach milicji. Nasi Rodacy byli przetrzymywani tam do godziny 2 w nocy. Wśród zatrzymanych znaleźli się także polscy i białoruscy dziennikarze. Obecnie siedziby chroni milicja i na podstawie ułożonej przez Kruczkowskiego listy wpuszcza do budynku tylko nielicznych zaufanych byłego prezesa. Czegoś takiego w historii naszego Związku jeszcze nie było. Dokonanie nocnego przewrotu w naszej organizacji stało się możliwe, gdyż w całej Białorusi znalazło się trzynastu Polaków, którzy zgodzili się współpracować z reżimem. Wbrew Statutowi ZPB przyjechali oni do Szczuczyna i pod ochroną milicyjną, a także - pod pilnym nadzorem przewodniczącego Państwowego Komitetu ds. Religii i Mniejszości Narodowych Stanisława Buki oraz jego podwładnego z Grodna Igora Popowa, rozpisali na życzenie władz białoruskich powtórny VI zjazd ZPB w Wołkowysku. Tego samego dnia - kiedy trzynastka Polaków z byłej Rady Naczelnej obradowała pod pałkami milicji w Szczuczynie - w Lidzie sądzono naszych kolegów związkowych: wiceprezesa ZPB Józefa Porzeckiego, redaktora naczelnego "Magazynu Polskiego" Andrzeja Poczobuta i prezesa miejskiego oddziału ZPB w Grodnie Mieczysława Jaśkiewicza. Zostali oni skazani na 10, a nawet 15-dniowe kary aresztu za śpiewanie polskich pieśni w Szczuczynie w oficjalnym Dniu Niepodległości Białorusi. W celu uniemożliwienia dotarcia do Szczuczyna niezgodnych z planem przejęcia przez władze naszej organizacji członków Rady Naczelnej oraz innych działaczy - w przededniu "targowickiej" rady - wielu z nas zostało wezwanych na przesłuchania do milicji i prokuratury. Jeszcze innych przechwytywano na wjeździe do Szczuczyna i zawracano z powrotem. Dom Polski w Szczuczynie otoczony był przez milicję i służby specjalne, służąc w tym dniu tylko tym, kto przyjechał wykonać zlecenie polityczne władz dotyczące odsunięcia od kierowania ZPB Andżeliki Borys i jej zwolenników. Ci, którzy podejmowali decyzję o zwołaniu powtórnego zjazdu, wiedzieli, że czynią to bezprawnie. Brak honoru, uczciwości oraz oddania sprawie polskiej na Białorusi postawił ich w jednym szeregu z naszymi niszczycielami. Nikt z szeregowych członków tej "rady" nie chciał po jej obradach wyjść do protestujących przeciwko bezprawiu Polaków oraz dziennikarzy. Nieprzychylne nam tradycyjnie władze oraz milicja byli w tym dniu im bliższe.
Dlaczego władzom zależy na tym, by stanowisko prezesa ZPB było obsadzone przez ich człowieka? Przede wszystkim dlatego, aby storpedować
nasze odrodzenie narodowe, aby nie dopuścić do powstawania kolejnych szkół polskich, a do już istniejących zniechęcać dzieci i rodziców, co w konsekwencji doprowadziłoby do ich zamknięcia. Władze chcą kontrolować ZPB, aby nasza gazeta związkowa nie była atrakcyjna i ciekawa. Chcą, aby była szara, zamknięta w sobie i nie budziła zainteresowania szerokich kręgów czytelników. Celem władz jest doprowadzenie do tego, aby Związek nie odgrywał żadnej roli w państwie białoruskim i nie przeszkadzał władzom w odizolowaniu nas - Polaków od życia politycznego państwa, w którym przecież mieszkamy. Reżimowi, panującemu obecnie na Białorusi, zależy na tym, aby mieć kogoś w naszych szeregach, kto zawsze stanie po jego stronie. Powyższe zadania może spełnić tylko człowiek władz, skierowany przez nie do "odradzania polskości". Takim człowiekiem od roku 2000 i do chwili obecnej jest Tadeusz Kruczkowski. Mianowicie z tego powodu władza nie może się pogodzić z przegraną Kruczkowskiego w wyborach na ostatnim zjeździe. Tym bardziej, iż na jego zwycięstwo pracował cały aparat władzy państwowej, zmuszając delegatów do "poprawnego" głosowania. Miał wygrać, a jednak - przegrał. Przegrał dlatego, że głosowanie było tajne, a głosy na zjeździe były liczone uczciwie. Teraz Kruczkowski zapowiada, że nie będzie startował na prezesa w kolejnych wyborach. To prawda. Władzom nie zależy bowiem już na zbankrutowanym społecznie i skompromitowanym Kruczkowskim. Na jego miejsce chcą nam władze wyznaczyć kolejnego "Kruczkowskiego", choć według paszportu osoba ta będzie się nazywała inaczej.

Drodzy i szanowni Rodacy,
Zwracam się do Was wszystkich. Do tych z kim zakładaliśmy i budowaliśmy nasze Polskie Kulturalno-Oświatowe Stowarzyszenie im. Adama Mickiewicza. Do tych, z którymi później założyliśmy oraz rozwijaliśmy Związek Polaków na Białorusi. Do tych, z kim wywalczyliśmy o budowę i otwarcie szkół polskich w Grodnie i Wołkowysku. Do tych, z którymi wprowadziliśmy nauczanie języka polskiego do ponad 300 szkół na całej Białorusi. Do tych, z kim wydawaliśmy nasze polskie słowo drukowane i zakładali polskie zespoły artystyczne. Do tych, z którymi wywalczyliśmy prawo i możliwość wyjazdu naszej młodzieży na studia, a dzieci - na kolonie do Polski. Do tych, z kim wybudowaliśmy lub zaadaptowaliśmy na Białorusi 16 Domów Polskich. Do tych, z kim byliśmy razem na dziesiątkach manifestacji, pikiet i innych organizowanych przez nas protestach w obronie naszych praw. Zwracam się do Was, Rodacy, z apelem, abyśmy nie dopuścili zwycięstwa zła i kłamstwa. Proszę Was o wywieranie nacisków na prezesów swoich oddziałów związkowych, by nie posunęli się oni do wyboru delegatów na ustawiony przez władze zjazd. Proszę, abyście pamiętali, iż człowiek zawsze ma wybór między dobrem a złem. Wszyscy musimy uświadomić sobie, że teraz, gdy patrzą na nas ludzie na całym świecie - jest pisana historia naszej organizacji. Nie dajcie się więc wciągnąć w cudze, obce zarówno nam - Polakom, jak i mieszkającym obok nas Białorusinom, interesy narodowe. Jeżeli nawet dzisiaj będziemy musieli narazić się na przykrości i cierpienia - to Pan Bóg to i tak każdemu wynagrodzi. Prawda bowiem, wcześniej czy później, ale zawsze zwycięży. I prawda właśnie nas wyzwoli. Pamiętajmy zawsze pouczenie naszego wielkiego Rodaka Jana Pawła II. Powiedział on proste, ale jakże ważne dla ludzkiej godności słowa: "Nie lękajcie się". Pamiętajmy zatem o własnej godności!

Kochani Rodacy,
Wstańmy wszyscy razem w obronie legalnie wybranych władz naszego Związku. Zróbmy co tylko możliwe, aby wyznaczony pod pałkami milicyjnymi pseudo-zjazd się nie odbył. Solidaryzujmy się z prawdziwą Polką Andżeliką Borys, która jest prezesem naszego Związku. Jest ona bowiem osobą uczciwą, pracowitą, doświadczoną i zasłużoną dla odrodzenia polskości na Białorusi.
Nie wierzcie kłamstwom pod adresem Andżeliki Borys i legalnie wybranych władz związku, które są rozpowszechniane w białoruskim państwowym radiu, telewizji i prasie. Jeżeli chcecie poznać prawdę - oglądajcie polską telewizję i słuchajcie polskiego radia oraz radia "Swaboda" nadającego z Pragi. Czytajcie niezależną prasę białoruską. Pamiętajcie - obecnie "Głos znad Niemna" znalazł się w rękach białoruskich władz, służb specjalnych oraz Kruczkowskiego.
Z wyrazami szacunku, Tadeusz Gawin - Pierwszy prezes Związku Polaków na Białorusi

4) Litwini solidarni z Polakami na Białorusi (CEST 5/8- 2005)

Dziennikarze polskiego dziennika na Litwie "Kurier Wileński" zorganizowali pod gmachem ambasady Białorusi w Wilnie akcję solidarności ze skazanymi na Białorusi Polakami. Żądano m.in. natychmiastowego uwolnienia Andrzeja Pisalnika.
"Nie możemy już obojętnie obserwować działań władz białoruskich wobec naszych rodaków i szykanowania dziennikarzy „Głosu Znad Niemna”. Przyszliśmy, żeby wyrazić swą solidarność z Polakami na Białorusi" - powiedział redaktor naczelny "Kuriera Wileńskiego" Aleksander Borowik.

Grupa protestujących dziennikarzy trzymała flagi Polski, Litwy i Unii Europejskiej, portrety skazanego w czwartek na 10 dni aresztu nieformalnego rzecznika ZPB i dziennikarza "Głosu Znad Niemna" Andrzeja Pisalnika, a także transparent z hasłem "Wolność prasie na Białorusi".

Do protestujących wyszła pracowniczka ambasady, której przekazano apel o natychmiastowe uwolnienie Pisalnika i wszystkich skazanych działaczy ZPB.

W apelu, pod którym podpisali się nie tylko przedstawiciele "Kuriera Wileńskiego", ale i innych mediów polskich na Litwie: "Tygodnika Wileńszczyzny", miesięcznika "Magazyn Wileński", kwartalnika "Znad Wilii", programu telewizyjnego "Album Wileńskie" i radia "Znad Wilii", wyrażono "solidarność z postawą, jaką w obronie wolności słowa prezentują redaktor naczelny i zespół „Głosu Znad Niemna”, a także z ZPB kierowanym przez Andżelikę Borys". Akcja solidarności polskich dziennikarzy na Litwie z kolegami na Białorusi wzbudziła duże zainteresowanie mediów litewskich. Była to pierwsza taka próba zwrócenia powszechnej uwagi na Litwie na sytuację, jaka zapanowała na Białorusi. Władze Litwy dotychczas nie zajęły w tej kwestii

5) „Solidarność mniejszości” Marcin Wojciechowski 5/8-2005

W sporze Warszawy z Mińskiem wokół Związku Polaków na Białorusi są dwie pokusy, którym należy się bezwzględnie oprzeć. Jedna to zerwanie przez Polskę stosunków z Białorusią. Druga to uczynienie z mniejszości białoruskiej w Polsce zakładnika tego konfliktu – mówi Mirosław Czech sekretarz generalny Partii Demokratycznej i wieloletni działacz mniejszości ukraińskiej w Polsce
Marcin Wojciechowski: Stosunki polsko-białoruskie są złe jak nigdy dotąd. Być może tylko krok dzieli nas od ich zerwania. Politycy prawicy nawołują do posunięć radykalnych. Co może zmienić tę sytuację?
Mirosław Czech: By odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się do początku lat 90., kiedy to kształtowała się polityka suwerennej Polski wobec mniejszości narodowych. Mniejszości w Polsce stanowią zaledwie 1,5-2 proc. obywateli, co jest jednym z najniższych wskaźników w Europie. Ale kwestia narodowościowa istnieje, choćby dlatego, że problem mniejszości dotyczy wszystkich sąsiadów Polski, także tych - a nawet głównie tych - którzy swoją państwowość odzyskali po rozpadzie ZSRR. Całkiem pokaźna mniejszość polska mieszka na Litwie, w Rosji, na Białorusi i Ukrainie. Podobnie jest z ludźmi tych narodowości będącymi obywatelami Polski. Nic dziwnego, że przy kształtowaniu stosunków z niepodległymi państwami byłego ZSRR sprawy mniejszościowe wysuwały się często na pierwszy plan. Na szczęście oprócz MSZ kwestią tą zajmowała się bardzo szczegółowo sejmowa komisja mniejszości narodowych, długo kierowana przez Jacka Kuronia, oraz specjalny departament w Ministerstwie Kultury, na którego czele stała Bogumiła Berdychowska, a który nadzorował wiceminister Michał Jagiełło. Przyjęto wtedy taki standard, że prawa mniejszości nie są przedmiotem sporów i walki politycznej, że mniejszości nie mogą być wykorzystywane jako zakładnicy w stosunkach Polski z sąsiadami i vice versa. Tę zasadę realizowano w praktyce.
Niezależnie od dalszego rozwoju konfliktu władz polskich z Aleksandrem Łukaszenką ta zasada powinna być
utrzymana. Polscy Białorusini nie mogą stać się zakładnikami obecnego konfliktu. W żadnym wypadku represje i dyskryminacja mniejszości polskiej na Białorusi nie mogą spowodować podobnych działań wobec Białorusinów mieszkających w Polsce. Nie możemy zaprzepaścić sukcesów polskiej polityki narodowościowej osiągniętych u zarania III RP. Zastosowanie zasady wzajemności byłoby wielkim błędem. Dlatego tak wielkie znaczenie ma to, jakie działania będę podejmowane wobec mniejszości białoruskiej w Polsce. Nie żyjemy w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy kwestię mniejszości instrumentalizowano według wzorów "piątej kolumny", lecz w okresie respektowania praw człowieka i praw mniejszości narodowych. Łukaszenko wykorzystuje stare wzorce, ale nie możemy dać się wciągnąć w jego scenariusz.
Problem w tym, że Polska przestrzega standardów międzynarodowych wobec mniejszości, a Białoruś pod rządami Łukaszenki kompletnie na to gwiżdże.
- Polska polityka wobec mniejszości sprawiła, że poczuły się one autentycznym podmiotem państwa polskiego. Co to oznacza w praktyce? To znaczy, że mniejszości czują się obywatelami polskimi innej narodowości, kultury, języka, którzy, jeśli mają problemy, swe pretensje kierują nie do stolicy ościennego państwa, lecz przede wszystkim do Warszawy. Wielkim osiągnięciem polityki narodowościowej III RP było także to, żeby mniejszości kontaktowały się między sobą. Od początku lat 90. w Związku Ukraińców w Polsce bardzo dbaliśmy o kontakty z Federacją Organizacji Polskich na Ukrainie. Mieliśmy wspólne spotkania, konferencje, wymiany młodzieży. Podczas tych spotkań okazywało się, że Ukraińcy w Polsce mają bardzo podobne problemy jak Polacy na Ukrainie. Po obu stronach były problemy z podręcznikami do nauczania w języku ojczystym, ze szkolnictwem, zatrudnianiem nauczycieli, finansowaniem czasopism, możliwościami propagowania kultury itd. Taka świadomość ogromnie nas zbliżyła - sprawiła, że uświadomiliśmy sobie, iż mimo wszelkich różnic jedziemy na jednym wózku. Oczywiście, były problemy - np. nierozwiązana do czerwca tego roku kwestia Cmentarza Orląt we Lwowie - ale staraliśmy się takie sporne kwestie oddzielać od stosunków z polskimi organizacjami na Ukrainie. I to się na ogół udawało. To wielki sukces polityki narodowościowej każdego państwa, gdy przedstawiciele mniejszości traktują jego stolicę jako adresata swoich postulatów i próśb, a nie kraj macierzysty. Jeszcze raz powołam się na najlepiej mi znany przykład ukraiński. Mniejszość ukraińska w Polsce jest znakomitym ambasadorem kultury ukraińskiej w Polsce, języka, obyczaju, muzyki - ale za głównego partnera do załatwiania swoich spraw uznaje władze w Warszawie. Władze w Kijowie Ukraińcy proszą o pomoc dopiero wtedy, gdy nie są w stanie porozumieć się z urzędnikami w Polsce. Wydaje mi się, że jest to sytuacja bliska modelowej.
Ale ten proces jest możliwy w kraju demokratycznym albo aspirującym do demokracji. A co robić w takim państwie jak Białoruś, które łamie wszelkie normy międzynarodowe i nie przestrzega podstawowych standardów praw mniejszości? Do kogo mają się zwracać białoruscy Polacy, jeśli nie do polityków w Warszawie? Przecież Mińsk ich nie wysłucha. Na Białorusi nie ma niezależnych sądów...
- Oczywiście, Warszawa nie może milczeć, gdy deptane są prawa ludzi narodowości polskiej, ale reżim Łukaszenki będzie wykorzystywał to propagandowo jako mieszanie się przez Zachód w sprawy Białorusi. Dlatego należy zrobić wszystko, by sprawę tę przedstawiać we właściwej perspektywie - nie jako problem relacji dwustronnych, lecz jako problem przestrzegania elementarnych praw człowieka. Łukaszenko wyciągnął tę sprawę - nie najważniejszą w gruncie rzeczy dla państwa białoruskiego - by zmobilizować wokół siebie mieszkańców republiki. To klasyczna próba szukania wroga, by odwrócić uwagę od spraw wewnętrznych, gdy kraj pogrąża się w coraz większym kryzysie. Niestety, trzeba przyznać, że ta próba jest na razie dość udana.
Co można robić, żeby to się nie udało?
- Po pierwsze, starać się umiędzynarodowić ten problem. Białoruś - choć z powodu łamania praw człowieka nie jest członkiem Rady Europy - podpisała wiele międzynarodowych konwencji regulujących status mniejszości narodowych. Należy żądać, by były one respektowane. Warto wciągnąć do sprawy wszelkie organizacje międzynarodowe - Unię Europejską, Radę Europy, OBWE, ONZ itd. Może pod tak zmasowaną presją Mińsk wreszcie się ugnie. Po drugie, musimy nastawić się na strategię długiego marszu. Łukaszenko chce zerwania stosunków dyplomatycznych z Polską. Nie należy mu tego ułatwiać. Nawet po przejęciu Związku Polaków na Białorusi przez ludzi reżimu pozostaną szkoły, placówki kulturalne i kościoły. Dla Polski nie jest bez znaczenia, co się w nich dzieje. Po trzecie, mieć świadomość, że służby Łukaszenki będą starały się włączyć do grupy represjonowanych działaczy polskich również swoich agentów. Ci będą najbardziej radykalni, będą działać według klasycznych wzorów prowokacji. Po czwarte, należy wspierać działaczy polskich z panią Andżeliką Borys na czele. Muszą mieć poczucie, że nie zostali pozostawieni sami sobie. Poddawani są represjom, będą izolowani od własnej społeczności, narażeni na pokusy emigracji z własnego kraju. Dlatego Polska powinna stawiać sprawę jasno: oni są działaczami praw człowieka w Europie. I dlatego jak ognia należy wystrzegać się włączania ich w polską politykę wewnętrzną, w kampanię wyborczą. Po piąte, oddziaływać na sytuację Polaków na Białorusi poprzez europejskie organizacje mniejszości narodowych. Ich wspólne oświadczenie w obronie praw Polaków mieszkających na Białorusi odegra jakąś rolę. Dziś każdy gest jest ważny. Po szóste, należy wysyłać jak najwięcej sygnałów do społeczeństwa białoruskiego, że w całej sprawie chodzi przede wszystkim o ich prawa, o los demokracji na Białorusi. Hasło "Mińsk - Warszawa - wspólna sprawa" dziś nabiera szczególnego znaczenia. Dlatego wszelkie tezy części polskich polityków o rządzie na uchodźstwie, o konieczności nałożenia sankcji gospodarczych na Białoruś, bo jedynie wtedy sami Białorusini zrozumieją, że uleganie Łukaszence to błąd, to wypowiedzi nieodpowiedzialne i szkodliwe. Działają przeciwko Polakom na Białorusi.
A czy polscy Białorusini mogą odegrać jakąś rolę w rozwiązaniu tej zawiłej sytuacji?
- Oczywiście, choć nie chciałbym, żeby mój głos zabrzmiał jak narzucanie rozwiązań czy pouczanie kogokolwiek. Działacze białoruscy powinni mieć świadomość, że właśnie w takich momentach ujawnia się oblicze ruchu, któremu przewodzą, że każdy gest znaczy dziś bardzo wiele. Bo to przecież proste: naruszanie praw Polaków na Białorusi narusza również ich prawa. Wielką szansą byłoby zorganizowanie jakiejś wspólnej imprezy przez środowisko pani Borys i jedną z białoruskich organizacji w Polsce. Mogłaby to być konferencja, obozy dla dzieci, wymiana młodzieży. Chodzi o to, by zostały zaangażowane rozmaite organizacje po obu stronach. W ten sposób w życiu codziennym kształtuje się demokracja i poszanowanie praw innych. To jest najlepsza polityka, jaką można przeciwstawić metodom reżimu Łukaszenki.
Solidarność mniejszości narodowych w naszej części Europy?
- Zdecydowanie tak. Jestem szczerze przekonany, że ta solidarność pozwoliła uniknąć wielu konfliktów w naszym regionie. Dzięki niej udało się nam uniknąć tragicznego losu Bałkanów. Dyktatorzy i kandydaci na takowych zawsze boją się współdziałania ludzi ponad granicami. Dlatego próbują izolować swe kraje, nie dopuszczać do pojawiania się solidarności między poszczególnymi grupami. To jeden z największych sukcesów III RP - upodmiotowienie mniejszości narodowych i
przeciwdziałanie takim tendencjom, które w karykaturalnej formie obserwujemy dziś na Białorusi.

6) „Polacy nie rozumieją Białorusinów” Marcin Wojciechowski (5/8-2005)

Warto też wrócić do rad Jerzego Giedroycia. Uważał on, że trzeba próbować rozmawiać z każdymi władzami na Białorusi, nawet jeśli nie są one akceptowane przez świat - mówi Jerzy Chmielewski, działacz mniejszości białoruskiej w Polsce, szef Stowarzyszenia Dziennikarzy Białoruskich w Białymstoku, kieruje miesięcznikiem mniejszości białoruskiej „Czasopis”.

Marcin Wojciechowski: Jaki ruch Polska powinna wykonać teraz wobec Łukaszenki? Dać mu po łapach za szykany w stosunku do Związku Polaków na Białorusi, do czego wzywają niektórzy politycy, czy też starać się wyciszyć ten konflikt?
Jerzy Chmielewski: Polska powinna wyciągnąć daleko idące wnioski z obecnej sytuacji. Ale wsłuchując się w wypowiedzi polityków, mam wrażenie, że te wnioski są nie do końca właściwe. Polacy nie orientują się w sprawach białoruskich. Ich spojrzenie jest bardzo wycinkowe, skupione na osobie i polityce Łukaszenki. To wszelako nie pozwala im zrozumieć Białorusi, a tym samym wypracować skutecznych mechanizmów oddziaływania na ten kraj.
Jakie główne błędy popełniła Polska w swej polityce wobec Białorusi? Czego nie wiemy o tym kraju?
- Białorusini są postrzegani w Polsce jako naród zacofany i ubogi. Co gorsza, obraz tego kraju formowany jest często z pozycji dawnego pana. Tak w każdym razie mogą odbierać to Białorusini. A przecież naszym celem powinny być relacje partnerskie, budowane w duchu europejskim. Nie da się tego zrobić językiem oświadczeń, rezolucji i gniewnych deklaracji.
Jest sprawą oczywistą, że Łukaszenko nie przestrzega standardów europejskich i demokratycznych - ale siłą narzucić się ich nie da. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że Białorusini są inną społecznością, niż nam się wydaje. Naród białoruski dopiero się tworzy, praktycznie w każdej dziedzinie życia wciąż dominuje mentalność sowiecka. Polska nie potrafiła, niestety, wypracować takiej polityki wobec Białorusi, która by uwzględniła tę specyfikę. Reagowano tylko na napięcia polityczne, zabrakło jakiejś szerszej wizji.
Czy dobrze rozumiem, że Pana zdaniem nawoływania do demokratyzacji Białorusi i otwarcia tego kraju na Zachód są odbierane w Mińsku jako narzucanie polskiego modelu rozwoju? Na dodatek przez kraj, który kiedyś zajmował część ziem białoruskich.
- Trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że Białoruś nie liczy się w tej chwili ze zdaniem Polski. Władze białoruskie czują bowiem poparcie Kremla, choć stosunki białorusko-rosyjskie nie są jednoznaczne. Łukaszenko krytykuje media rosyjskie za sposób, w jaki go przedstawiają, ale jednak stawia na Rosję i w sprawach kluczowych on i jego otoczenie znajdują wspólny język z Kremlem.
Nie da się więc pomóc Białorusinom w otwarciu się na świat, nie licząc się z Rosją. Ubolewam, że w Polsce panuje nastawienie antyrosyjskie, w które niepotrzebnie i niesprawiedliwie wpisuje się też Białoruś. W sprawie Związku Polaków Mińsk może się ugiąć tylko przed szerszą opinią międzynarodową, przede wszystkim przed Unią Europejską. Głos Polski będzie tu niewystarczający, choć z drugiej strony mogą też nastąpić rzeczy nieoczekiwane.
Czy chodzi Panu o presję polityczną, czy także gospodarczą? O to, by Łukaszenko poczuł, że z powodu pogorszenia stosunków z Polską poniesie wymierne straty gospodarcze?
- Łukaszenko nie ugnie się przed żadnym naciskiem, nawet najbardziej racjonalnym. Jest bardzo zadufany, jest typowym produktem systemu sowieckiego. Musi się jednak liczyć z opinią świata. Białoruś i tak znajduje się w izolacji politycznej, ale nie może całkowicie odciąć się od świata.
Osobiście byłbym przeciwny sankcjom gospodarczym, bo uderzą one przede wszystkim w zwykłych ludzi. Chodzi raczej o wypracowanie pewnych kroków na rzecz budowania postaw obywatelskich i wywołania dyskusji, dzięki której sami Białorusini ujrzeliby inną perspektywę rozwoju swego kraju, niż ma im do zaoferowania Łukaszenko. To zadanie niesłychanie trudne. Łukaszenko ostatnio bardzo uszczelnił system. Od przedszkoli aż po szkoły wyższe nauczany jest specyficzny przedmiot: "podstawy ideologii państwa białoruskiego". Wielosetletnia historia Białorusi została w nim sprowadzona do wieku XX. Najpierw była rewolucja październikowa, po której powstała Białoruska Republika Sowiecka, a potem wielka wojna ojczyźniana [tak w ZSRR określano II wojną światową - red.], ze szczególnym udziałem partyzantki białoruskiej w zwycięstwie nad faszyzmem. Te dwa epizody są podstawą nauczania o historii państwa białoruskiego.
Brakuje nam bezpośrednich kontaktów, półprywatnych i prywatnych rozmów. Język polityki - zwłaszcza ten, którym mówi Warszawa - nie wystarcza, bo Białorusini po prostu go nie rozumieją, traktują jako pouczanie i odrzucają. Zamiast pouczania należy propagować wzorce obywatelskie, ale to jest robota na lata.
Czy pomysł powołania w Polsce niezależnego radia nadającego dla Białorusi jest dobrą inicjatywą?
- Media, zwłaszcza elektroniczne, są potężnym narzędziem, z którego Łukaszenko korzysta w sposób nieograniczony. Jednak otwarcie takiej stacji muszą poprzedzić szczegółowe przygotowania. Dziennikarzami powinni być zdecydowanie ludzie z Białorusi. Trzeba też zrobić wszystko, żeby ta stacja nie tylko przekazywała alternatywne treści, ale także była słuchana. Kiedyś już uruchomiono radio Racja, które nadawało na Białoruś spod Warszawy na falach średnich. Ale chociaż przekazywało pożyteczne treści, nie za bardzo było słuchane. Nie tylko ze względu na złą jakość techniczną programu. Także dlatego, że dominowała w nim publicystyka polityczna. Tymczasem w radiu dla Białorusi oprócz rzetelnej informacji powinno się znaleźć miejsce i na dobrą muzykę, i na treści poza polityczne. Warto też wrócić do rad Jerzego Giedroycia. Uważał on, że trzeba próbować rozmawiać z każdymi władzami na Białorusi, nawet jeśli nie są one akceptowane przez świat. Redaktor paryskiej "Kultury" byłby przeciwny uruchomieniu radia, które by narzucało Białorusinom wizję rozwoju. Oddziaływać na sytuację za Bugiem trzeba w sposób wyjątkowo delikatny, przemyślany. Tak, żeby nie odebrano tego jako działalności "złowrogiej" i "reakcyjnej".
A co Pan sądzi o głosach, że trzeba prowadzić jeszcze ostrzejszą politykę wobec Łukaszenki?
- Problem w tym, że Łukaszenko wcale nie boi się Polski. Sytuacja gospodarcza Białorusi nie jest dziś tak zła, jak się ją przedstawia w Polsce. To przede wszystkim efekt koniunktury gospodarczej w Rosji, z którą ściśle powiązana jest gospodarka białoruska. Ludziom powodzi się coraz lepiej, co Łukaszenko wykorzystuje jako atut. Obala mit, że rządy autorytarne nie są w stanie tworzyć żadnych możliwości rozwoju. Zaplecze w postaci Rosji i dużych rynków zbytu dla tanich towarów białoruskich w byłych republikach sowieckich pozwala mu zapewnić ludziom jaki taki poziom życia. W latach 90. Białorusini byli mile zdziwieni, wręcz zazdrośni o to, że w Polsce wszystko tak szybko się poprawia. Teraz zaczynają dostrzegać pozytywne zmiany u siebie. Dotyczy to przede wszystkim dużych miast - głównie Mińska, który jest uporządkowany, czysty i spokojny. To dowodzi, że nawet autorytarne państwo wcale nie musi stać w miejscu.
Trzeba się więc przygotować na długi marsz...
- Najlepszym polem do prowadzenia dialogu i współpracy mogłaby być kultura. Mam na myśli kulturę wysoką, bo ta popularna od dawna jest już pod skrzydłami obozu Łukaszenki. Kultura wysoka jest wręcz niepożądana przez białoruski reżim. Polska mogłaby to wykorzystać, organizując współpracę naukowców, dziennikarzy, artystów. Moje pismo "Czasopis" regularnie zamawia teksty u publicystów, którzy mają kłopoty z drukowaniem na Białorusi. Podobnie mogłyby postępować inne polskie redakcje. Byłaby to pomoc dla szykanowanych dziennikarzy, ale także szansa dowiedzenia się czegoś więcej o Białorusi. Pokazania, że ten kraj to nie tylko polityka i Łukaszenko.
Podobne korzyści mogą przynieść staże dla naukowców i stypendia dla studentów z Białorusi fundowane przez polskie uczelnie. Mimo biurokratycznych barier i trudności warto rozwijać współpracę przygraniczną, co coraz śmielej czynią nasze samorządy. Trzeba dążyć do otwierania kolejnych przejść granicznych. Białoruś to naprawdę piękny kraj - wielka szkoda, że tak rzadko odwiedzany przez Polaków. Białoruską kulturę należy w Polsce pokazywać i wspierać. Nie tylko od święta. Niech w radiu na co dzień zabrzmi wreszcie białoruska muzyka, niech na festiwalu w Sopocie wystąpią wykonawcy białoruscy. Zapewniam, że swym poziomem nie ustępują zachodnim.
Białorusinom warto przekazać polskie doświadczenia z okresu przemian ustrojowych. Choćby ogromną rolę prasy lokalnej, której na Białorusi po prostu nie ma i nigdy nie było. Wiem, o czym mówię, gdyż obok "Czasopisu" już ponad dziesięć lat redaguję gminny miesięcznik w przygranicznym Gródku i widzę, jak ogromne ma on znaczenie dla upowszechniania wzorców obywatelskich i samorządowych - tak potrzebnych dziś na Białorusi.
Czy polscy Białorusini powinni zabrać głos w sprawie konfliktu wokół Związku Polaków? Czy Łukaszenko liczyłby się z takim głosem?
- Mniejszość białoruska w Polsce to inni Białorusini niż obywatele naszego wschodniego sąsiada. Nie odcinamy się od nich, ale po ponad 50 latach życia w innych warunkach geopolitycznych staliśmy się jakby innym, drugim narodem białoruskim. Takich narodów są setki od Skandynawii po Adriatyk. Niestety, większość z nich stopniowo wymiera, choćby Serbołużyczanie w Niemczech. My też borykamy się z tym problemem. Bronimy się przed asymilacją i polonizacją, ale te procesy są nieuniknione i nie całkiem od nas zależne. Poza tym dla władz w Mińsku nie istnieje problem mniejszości białoruskiej za granicą. Dla Łukaszenki Białorusini mieszkający za granicą to ludzie, którzy mieli coś na sumieniu i musieli uciekać z kraju, to zdrajcy albo w najlepszym razie ludzie pracujący na rzecz obcego kraju. Nieraz słyszałem to w jego wypowiedziach. Boję się, że nasz głos w obronie Związku Polaków na Białorusi nie zostanie w ogóle usłyszany. Oczywiście ubolewamy z powodu tego, co się dzieje, ale nie mamy wpływu na tę sytuację. Piętnujemy politykę obozu Łukaszenki nie tylko wobec Związku Polaków, ale wszystkich organizacji pozarządowych i struktur niezależnych. Szczególnie boli nas to, że prezydent realizuje w swoim kraju politykę antynarodową. Nie przywiązuje żadnej wagi do kultury białoruskiej, praktycznie wyrugował język ojczysty. Białoruski jest wykładany w szkołach jako przedmiot, ale nie jako język ojczysty. Ostatnio zmieniono nazwy ulic w centrum Mińska. Prospekt wybitnego humanisty średniowiecznego Franciszka Skaryny nazwano Prospektem Niepodległości. Szyldy nazw ulic są po białorusku, ale ludzie czytają je po rosyjsku. To absurd, ale ogromnie bolesny.
Czy nie obawia się Pan, że konflikt wokół Związku Polaków na Białorusi negatywnie odbije się na sytuacji mniejszości białoruskiej w Polsce?
- Obawiam się, że ktoś może zaproponować, by w ramach rewanżu zastosować wobec nas kroki odwetowe - np. odebrać dotacje na jakieś imprezy czy czasopisma. Związek Polaków na Białorusi jest prawie w całości finansowany przez władze w Warszawie, czyli również przez nas, Białorusinów mieszkających w Polsce, którzy tu płacą podatki. My też jako mniejszość otrzymujemy wsparcie polskich instytucji - i ani grosza od Łukaszenki. Mam nadzieję, że nie staniemy się zakładnikiem obecnej sytuacji. Byłoby to zaprzeczeniem wartości, które wyznaje Polska. Tyle razy słyszeliśmy od polskich urzędników, jak bardzo wzbogacamy polską kulturę, ale przyznam, że czuję niepokój przed restrykcjami. Za drobne nieścisłości księgowe wytoczono proces 11 osobom z białoruskiego tygodnika "Niwa" wydawanego w Białymstoku. W naszych oczach urasta on do rangi procesu pokazowego. Przyjrzenie się problemom mniejszości białoruskiej w Polsce, wsłuchanie się w nasze sprawy może być jednym z kluczy do poprawy stosunków z Białorusią. Ale prawda jest taka, że klimat nie jest dziś najlepszy. Powoli ginie język białoruski. Polscy Białorusini boją się publicznie rozmawiać po białorusku z obawy, że mogą ich spotkać jakieś represje lub niechęć. Niech konflikt wokół Związku Polaków na Białorusi nie wywoła większych podziałów i wrogości, ale zostanie wykorzystany do lepszego poznania i zrozumienia się.

7) „Bezkarność Łukaszenki” Tygodnik "Wprost"(7/8-2005)

Stanisław Szuszkiewicz, były prezydent Białorusi, obecnie lider opozycji.

Europolitycy w mdłych słowach dają dobre rady, na które sami już wpadliśmy.
Władza białoruska, która na co dzień łamie prawa człowieka i jest uwikłana w układy przestępcze, może utrzymać swoją pozycję tylko dzięki izolowaniu społeczeństwa od niezależnych źródeł informacji. Największym zagrożeniem dla reżimu Łukaszenki są więc organizacje i instytucje, które mają dostęp do niezależnych informacji. Jedną z takich organizacji jest Związek Polaków na Białorusi. Dopóki na jego czele stał człowiek współdziałający z obozem rządzącym, wszystko było w porządku. Kiedy jednak Polacy wybrali ludzi niezależnych od władz w Mińsku, związek stał się instytucją non grata. Zaczęły się szykany, prowokacje i atak na Polaków, także tych z polskiej ambasady w Mińsku. Wydaleni polscy dyplomaci byli bardzo szanowani na Białorusi i to wystarczyło, by zostali uznani za wrogów reżimu. Teraz w zasadzie wszystko może być traktowane jako działalność antypaństwowa. Szerzenie polskiej kultury, które jest celem zarówno związku, jak i ambasady, też jest uznawane za działalność wywrotową. Cała ta sytuacja jest na rękę Rosji. Choć Putin publicznie lekceważy Łukaszenkę, to daje mu zielone światło na tego typu poczynania.
Obawiam się, że na tym nie koniec wojny dyplomatycznej. Kolejnym jej etapem mogą być
próby ograniczania kontaktów polskich dyplomatów z kręgami myśli niezależnej na Białorusi, a im bliżej wyborów prezydenckich, tym więcej będzie prowokacji, z reguły szytych grubymi nićmi.
Wszelkie publikacje, choćby częściowo niezależne - bo u nas nie ma czegoś takiego jak wolna prasa - są pod byle pretekstem konfiskowane. Ludzie na co dzień karmieni są kłamstwami, utwierdza się ich w przekonaniu, że choć nie zarabiają wiele, mają przynajmniej regularnie wypłacane pobory. W efekcie mało kto zdaje sobie sprawę, że zarobki czy emerytury są skandalicznie niskie i skazują ludzi na życie w nędzy. Dlaczego nikt nie mówi o tym, że średnia długość życia na Białorusi (62 lata) jest najniższa w Europie? Język białoruski nadal nie jest do końca językiem państwowym, ustawy w parlamencie i wszelkie akty prawne są pisane tylko po rosyjsku. Większość obywateli nie ma jednak świadomości, czym jest system Łukaszenki, bo nie ma wolnych mediów.
W tej sytuacji pozostaje nam jedynie liczyć
na pomoc zagraniczną. Pamiętam kwietniowe spotkanie w Warszawie z Wiktorem Juszczenką. Powiedział wtedy, że gdyby nie zdecydowane zaangażowanie się w sprawę ukraińską tak znanych polityków, jak Javier Solana, Valdas Adamkus czy Aleksander Kwaśniewski, na Ukrainie doszłoby do wojny domowej. Gdyby Białoruś mogła liczyć na tak silne poparcie, Łukaszenka musiałby iść na ustępstwa. A tak czuje się bezkarny, bo politycy z Unii Europejskiej w mdłych słowach dają nam mgliste zapewnienia, na które sami już wpadliśmy. W porównaniu z Brukselą bardziej zaangażowany jest Waszyngton.

8) „Rubikon” Tygodnik "Wprost" (7/8-2005)

Vincuk Viacorka Przewodniczący Białoruskiego Frontu Narodowego, jeden z liderów demokratycznej opozycji na Białorusi.
Izolacja Białorusi, do której doprowadza Łukaszenka, jest wygodna dla Moskwy.
No i stało się. Do opisania sytuacji wokół Związku Polaków na Białorusi potrzeba nowych słów. Trzech działaczy ZPB wtrąca się do więzienia, przez co stają się "sutacznikami", czyli skazanymi. Do siedziby związku wkracza milicja oraz oficerowie KGB, dzięki którym "potrzebni ludzie" wracają na swoje stołki. Andżelikę Borys jak przestępcę wyprowadzają z budynku funkcjonariusze AMAP (odpowiednik ZOMO) i trzymają na posterunku. Czy to obsesja Łukaszenki czy przemyślana strategia? Mamy do czynienia z obsesją, ale istnieje też plan. Dostrzegam dwie gry: wewnętrzną i "globalną". ZPB stał się ofiarą obydwu. Pierwsza z nich zakłada zduszenie społeczeństwa obywatelskiego. Najprostszym tego sposobem jest zamykanie niezależnych organizacji. ZPB ma jednak pecha - gdyby był zwykłą organizacją pozarządową, zostałby zdelegalizowany, przeszedłby do podziemia i po wszystkim. Ponieważ ma wsparcie sąsiedniego kraju, wymyślono bardziej finezyjny scenariusz. Telewizja Łukaszenki podpowiada: nawet w Polsce mówią, że pani Borys jest "zbyt radykalna". W ślad za Konfucjuszem namawiam, by zacząć od zamiany pojęć: nie używajmy określenia "konflikt polsko-białoruski". Nie jest to konflikt Białorusi, ale Łukaszenki - ze Związkiem Polaków na Białorusi, z białoruskim społeczeństwem, z Polską, z całym demokratycznym światem. Psychika wiejskiego rozrabiacza każe obserwować reakcje napadniętych. Jeśli milczą, to znaczy, że są słabi. Niestety, od czasu kiedy Łukaszenka wyrzucił zagranicznych dyplomatów z ich rezydencji w mińskiej dzielnicy Drozdy, nieustannie otrzymywał dowody słabości napadniętych.
Nasz kołchoz spokojny
"Towarzysz prezydent" z ostatnimi wydarzeniami nie miał nic wspólnego. Zajmował się w tym dniu czymś innym - osobiście dobierał kolor szyb do okien Biblioteki Narodowej. O tym właśnie donosiła na pierwszym miejscu telewizja. Na koniec programu poinformowano o wydarzeniach wokół ZPB mniej więcej w ten sposób: to nic specjalnego, kolejna prowokacja Polski i USA, ale nasi ludzie, w tym "dobrzy" Polacy białoruscy, razem z Łukaszenką czuwają i nie dopuszczą wroga do granic Rosji (sic!). Równolegle z zaostrzaniem stosunków Mińska z Warszawą swoją politykę prowadzi Moskwa. Nie ma wątpliwości, że Łukaszenka usłyszał od prezydenta Rosji żądanie wypełnienia dawnych zobowiązań, m.in. wprowadzenia rosyjskiego rubla. A podczas spotkania z "Naszymi" (nazwa Komsomołu putinowskiego) Władimir Władimirowicz ogłosił, że Rosjanie i Białorusini są... jednym narodem. Na takie rzeczy nawet Sowieci sobie nie pozwalali. Izolacja Białorusi, do której doprowadza Łukaszenka, jest wygodna dla Moskwy, bo nie pozostawia innej drogi oprócz powrotu na wschód.
Sekret Łukaszenki
Łukaszenka od dziesięciu lat skrycie marzy o prezydenturze Rosji. Dlatego niełatwo jest dziś Putinowi nakłonić go do posłuszeństwa. Zażarta walka z ZPB oraz wojna dyplomatyczna z Polską może być sygnałem dla "swoich" na wschodzie, dla których nawet Putin nie jest wystarczająco imperialny i antyzachodni. Łukaszenka, myślący nie o ratunku, ale o świetlanej przyszłości politycznej, widzi się w roli co najmniej Dawida walczącego z Goliatem - USA. Wierzy, że jest w stanie skłócić USA z Unią Europejską, a Polskę z resztą Europy.
Przez długi czas UE nie miała wizji działania wobec Łukaszenki. Nie sprawdziła się taktyka usprawiedliwiania kontaktów koniecznością zapobieżenia scenariuszowi moskiewskiemu. I Polska bywała łagodniejsza dla Łukaszenki niż inne kraje euroatlantyckie. Kiedy zaczęły się dyskusje o wznowieniu nadawania z Polski białoruskiego Radia Racyja, wielu polskich polityków dowodziło, że doprowadzi to do konfrontacji i może zaszkodzić
Polakom na Białorusi.
Ostatnie wydarzenia wskazują, że nie wolno się bać
"upolitycznienia" kwestii obywatelskich: upolitycznia je sam reżim. Nie rozumiem Komisji Europejskiej, która w tym wypadku mówi o "problemach dwustronnych". Znaczenie, rozwój i konsekwencje obecnego konfliktu wykraczają poza nasz region. Łukaszenka musi usłyszeć solidarną, europejską oraz euroatlantycką ocenę tego, co robi. Musi wiedzieć, co go za to czeka. Co do celu posunięć odwetowych - powtórzę: to nie jest konflikt sprowokowany przez Białoruś czy Białorusinów, ale przez rządzącą klikę.

9) „Okrągły stół” i odezwa w Grodnie 11.08.2005 Mińsk (PAP)

Nie odbędzie się planowany na czwartek w Grodnie "okrągły stół" w sprawie sytuacji w Związku Polaków na Białorusi. Wcześniej o takich planach informowała białoruska agencja prasowa BEŁTA, powołując się na Państwowy Komitet ds. Religii i Mniejszości Narodowych. Wiceszef Komitetu, Uładzimir Łamieka, twierdzi jednak, że jego urząd nie występował z taką inicjatywą i nie wie, skąd taka wiadomość pojawiła się w agencji. Łamieka uważa jednocześnie, że taka inicjatywa jest potrzebna i powinna wychodzić od samych przedstawicieli polskiej mniejszości.
Wśród dziennikarzy pojawiły się nieoficjalne informacje, że na razie bliżej nieznani przedstawiciele polskiej mniejszości we wtorek lub w środę przyjęli odezwę do polskich władz. Wiadomo, że z odezwą nie ma nic wspólnego Andżelika Borys, prezes Związku Polaków nie uznawana przez
białoruskie władze. Uznawany przez nie prezes ZPB Tadeusz Kruczkowski o "okrągłym
stole" nic nie wie. O odezwie słyszał, ale, jak twierdzi, nie została ona wydana przez jego Związek. Według Kruczkowskiego, kilka dni temu odbyło się spotkanie przedstawicieli polskiej mniejszości mających wysoką pozycję w społeczeństwie białoruskim i na spotkaniu przyjęto odezwę.
Prawdopodobnie w czwartek jej treść
zostanie podana do wiadomości publicznej.

10) Pisalnik wyszedł z aresztu 11.08.2005 Mińsk (PAP)

Na wolność wyszedł nieformalny rzecznik Związku Polaków na Białorusi ZPB Andrzej Pisalnik. Redaktor naczelny tygodnika "Głos znad Niemna" odsiadywał w Lidzie karę 10 dni aresztu. Pisalnik reprezentujący nie uznawane przez Mińsk władze ZPB trafił do aresztu za udział 3 lipca w Szczuczynie w koncercie z okazji Święta Niepodległości Białorusi. Władze uznały koncert za nielegalny wiec i skazały czterech jego uczestników na 10 lub 15 dni aresztu. Pisalnika w Lidzie oczekiwała grupa przyjaciół i dziennikarzy polskich. Po powitaniu z nimi udał się do rodzinnego Grodna. Po wyjściu z aresztu Pisalnik zapowiedział kontynuowanie walki o Związek Polaków na Białorusi. "Gdybym zrezygnował obecnie, to byłoby to zwycięstwo białoruskich władz" - powiedział PAP tuż po uwolnieniu. Jego zdaniem, aresztowania kilku aktywistów polskich miały na celu złamanie Andżeliki Borys, nie uznawanej przez Mińsk prezes Związku. "To się władzom też nie udało, z czego się cieszę" - powiedział. Pisalnik nie wie jeszcze, co będzie robić w najbliższym czasie, powiedział, że musi porozmawiać z kolegami ze Związku. Trzeba również zaczekać na wyjście z aresztu w najbliższych dniach Tadeusza Gawina, pierwszego prezesa i jednego z założycieli ZPB, oraz Wiesława Kiewlaka, nie uznawanego przez władze wiceprezesa Związku.
Pisalnik nie wykluczył, że znowu będzie aresztowany, ale, jak zaznaczył, "będzie konsekwentny w swojej walce". Dodał, że władze białoruskie powinny zrozumieć
, iż represje nie przynoszą pozytywnego efektu, a tylko szkodzą opinii Białorusi na arenie międzynarodowej. Pisalnik powiedział, że w celi miał przyzwoite warunki. Zdarzało się, że siedziało w niej do czterech aresztantów, ale były dni, gdy przebywał tylko z Andrzejem Poczobutem, innym aktywistą Związku skazanym wcześniej na 15 dni aresztu. Poczobut, który na wolność wyszedł w środę wieczorem,
zapowiedział, że będzie kontynuował walkę o Związek Polaków. Powiedział PAP, że, jego zdaniem,  zwołany na 27 sierpnia zjazd Związku Polaków w Wołkowysku będzie farsą, gdyż zostanie wybrane kierownictwo posłuszne białoruskim władzom. Poczobut podkreślił, że zjazd ten zostanie zbojkotowany przez wielu znanych aktywistów polskiej mniejszości. W areszcie w Grodnie przebywa jeszcze Tadeusz Gawin, pierwszy prezes i założyciel Związku Polaków, skazany na 15 dni aresztu za udział w wiecu w trakcie pobytu w Grodnie wicemarszałka Sejmu Donalda Tuska. Na
podobną karę za ten sam czyn został skazany również Wiesław Kiewlak, nie uznawany przez białoruskie władze wiceprezes Związku Polaków.


11) Odezwa do władz Polski 11.08.2005 Mińsk (PAP)

Polacy z Grodzieńszczyzny przyjęli odezwę do polskich władz. Poinformowała o tym w czwartek białoruska agencja BEŁTA. Odezwa krytykuje "kampanię propagandową wobec władz białoruskich" i wskazuje na "próbę wywołania konfliktu narodowościowego". Jak nieoficjalnie dowiedziała się PAP, w odezwie napisano, że "w ostatnim czasie w kręgach dyplomatycznych Polski i Zachodu oraz w mediach rozpętano kampanię propagandową w związku z rzekomym łamaniem demokracji i praw człowieka na Białorusi". Zdaniem autorów odezwy, jest to "jawna próba wywołania konfliktu narodowościowego" na Białorusi. Sygnatariusze odezwy podkreślają, że dla nich, jako "osób narodowości polskiej jest to krzywdzące", gdyż "urodzili się i wychowali na ziemi białoruskiej" i ona stała się dla nich "Ojczyzną i domem". Autorzy odezwy podkreślają też, że państwo białoruskie dało im i ich dzieciom edukację, zrobiło z nich ludzi. "Dano nam możliwość zajmowania wysokich urzędów (...). Jesteśmy dumni, że jesteśmy obywatelami Republiki Białoruś" - napisali. Odezwę podpisało ponad 30 dyrektorów zakładów pracy, wysokich urzędników państwowych, naukowców i pedagogów polskiego pochodzenia. Na razie nie są znane ich nazwiska. Posłanie zostało skierowane do prezydenta Polski, polskiego Sejmu i rządu. Wiadomo, że z odezwą nie ma nic wspólnego Andżelika Borys, nie uznawana przez białoruskie władze prezes Związku Polaków. Natomiast prezes Związku, którego władze białoruskie uznają, Tadeusz Kruczkowski powiedział, że wie o odezwie i że została ona uchwalona przed kilkoma dniami.
12) „Atak na Polaków początkiem wyborczej kampanii Łukaszenki” 11.08.2005 (PAP) Atakiem na białoruskich Polaków Aleksander Łukaszenko rozpoczął wzmacnianie swej pozycji w przyszłych wyborach prezydenckich - napisał w czwartek litewski tygodnik "Veidas". "Zewnętrzny wróg jest najlepszą strategią. Wewnętrzna opinia publiczna mobilizuje się i rzekomo broni" - czytamy w artykule Nerijusa Kauczikasa zatytułowanym "W oczekiwaniu na kolorową rewolucję".
  Tygodnik zaznacza, że "zewnętrznym wrogiem powoli staje się też Litwa". "W prasie białoruskiej ukazały się już artykuły podnoszące kwestię składowiska odpadów z ignalińskiej elektrowni atomowej, która znajduje się nieopodal granicy z Białorusią. Ten region bogaty jest w jeziora. Tu Białoruś rozwija swą turystykę" - napisał tygodnik, zaznaczając, że rzeczywiście z formalnego  punktu widzenia, jest to powód, by straszyć
Białorusinów Litwą.   Według "Veidasa",   takich powodów można znaleźć jeszcze kilka, ale Litwa ma też przewagę - port w Kłajpedzie, który jest najtańszym dla Białorusi punktem tranzytu towarów. "Dlatego nie mamy czego się obawiać"
- zaznacza tygodnik i zadaje pytanie, czy w obecnej sytuacji "Litwa może krytykować Białoruś?"
"Najważniejszą swą misję w regionie Litwa dotychczas realizowała wspólnie z Polską. Strategiczne partnerstwo z Polską dla Litwy zawsze było żywotnie ważne. W tym tandemie Polska jest  dużym
graczem i teraz powinna zademonstrować
swoje znaczenie, tym bardziej, że obecnie czuje się osobiście urażona. Litwie natomiast w tej sytuacji wystarczy wyraźnie poprzeć Polskę, a nie dążyć do tego, by zostać liderem" - uważa autor publikacji. Zaznacza też, że "można krzyczeć, stosować drastyczne środki - zakazując na przykład tranzytu przez Litwę towarów białoruskich do portu
w Kłajpedzie, jednakże tym nie wystraszymy reżimu Łukaszenki. Nie można zapominać
, że "pomarańczowa rewolucja" rodzi się od wewnątrz" – napisał "Veidas".

13) Korwin-Mikke i Tejkowski w białoruskiej telewizji
Białoruska telewizja ponownie oskarżyła w niedzielę Polskę o ingerowanie w jej wewnętrzne sprawy, wykonywanie poleceń USA i gnębienie białoruskiej mniejszości w na Białostocczyźnie.
Dwa kanały publicznej telewizji oskarżyły Warszawę o to, że działa na zlecenie Stanów Zjednoczonych. Według pierwszego programu telewizji Polska otrzymała od Waszyngtonu pieniądze na krzewienie demokracji na Białorusi. Nie wykonała jednak zleconego zadania, dlatego rozpoczęła konflikt polityczny z Mińskiem. Telewizja twierdzi, że w tym celu, jako mięso armatnie, Warszawa wykorzystała Związek Polaków na Białorusi. Dziennikarz prowadzący program stwierdził, że "od czasu rozkwitu Rzeczypospolitej Polacy stali na uboczu wielkiej polityki". Dodał, że przez ponad dwa wieki nikt nie pytał Polski o zdanie w sprawach światowej polityki, "chociaż historyczne pretensje naszych sąsiadów zawsze były wielkie". Program telewizji w cyklicznym wieczornym programie "W centrum uwagi" poświęcił Polsce ponad 20 minut, czyli więcej niż w podobnych reportażach, które pojawiały się wcześniej. Według mińskiej TV, w gazecie "Rzeczpospolita" pojawiają się głosy "o odebraniu Białorusi jej zachodnich obwodów".

W białoruskiej telewizji cytowano też rosyjskich polityków i politologów, którzy wypowiadali się krytycznie o Polsce w związku z pobiciem dzieci rosyjskich dyplomatów. Oba kanały oskarżają Polskę o chęć przyłączenia zachodnich ziem Białorusi. W pierwszym kanale telewizji wystąpił Janusz Korwin-Mikke, który mówił, że Polska wtrąca się w wewnętrzne sprawy Białorusi. Z
podobnymi zarzutami wystąpił w programie drugim telewizji Bolesław Tejkowski przedstawiony jako prezes Polskiego Komitetu Słowiańskiego. Nowym elementem, poruszonym w białoruskiej telewizji, jest zwrócenie uwagi na problemy, które rzekomo ma w Polsce białoruska mniejszość
. W
niedzielnym programie, prowadzonym w języku rosyjskim, jedna z mniej znanych działaczek białoruskiej mniejszości z Białostocczyzny mówiła po białorusku, że w tym roku polskie władze jeszcze nie sfinansowały imprez organizowanych przez białoruską mniejszość. Jak powiedziano w komentarzu, jest to pozostałość z czasów, "gdy Białorusini nie mogli dostać nawet prostych urzędów państwowych, np. pracować w policji". Jednocześnie padło stwierdzenie, że za przywiązanie
do białoruskiego narodu czy kultury Białorusini w Polsce mogą być
nawet pobici. Pierwszy kanał białoruskiej telewizji oskarżył też polskie władze o szykanowanie mniejszości białoruskiej w Polsce, a według drugiego kanału - Polacy popierający stanowisko Mińska są zwalniani z pracy i wyrzucani
z uczelni. Program drugi twierdzi też, że członkowie Związku Polaków na Białorusi otrzymują 20 dolarów za wywiad, w którym skarżą się na prześladowania przez władze w Mińsku. W programie padło stwierdzenie, że "polscy Białorusini są zaniepokojeni swoją przyszłością", a "państwo polskie
w warunkach tak zwanej demokracji" nie może zapewnić rozwoju mniejszości narodowych.