Astridlindgren.htm  24.2.2002

 

Nigdzie w Księdze Mojżeszowej nie jest napisane,

że starsze panie nie powinny się wspinać na drzewa.

Astrid Lindgren

 

Referendum w sprawie Nobla dla Astrid Lindgren.

 

Pod hasłem Astrid Lindgren w języku szwedzkim Altavista proponuje przejrzenie 3348 stron. Odstąpiłem od studiów już przy pierwszej, która okazała się kryptoreklamą wydawnictwa Rabén & Sjögren. Firma dzięki pisarce zaistniała, trwa, a teraz próbuje zarobić grosz na jej pogrzebie.

Wyłączyłem zatem komputer i zawdałem się twórczo z sąsiadką, autochtonką, lat 24 x 2, wychowaną na Pippi & Co. w oryginale.

To, z czego mi się zwierzyła, w skrócie i po polsku można by przedstawić mniej więcej tak:

Śmierć Astrid Lindgren pogrążyła Szwedów w głębokiej żałobie. Była kochana, uwielbiana, ceniona. Pytano ją o zdanie we wszystkim, słuchano, co ma do powiedzenia, kierowano się jej wskazówkami.

Pozwalając sobie na osobisty wtręt, powiem, że kiedy z jednakową intensywnością przez parę miesięcy w środkach masowego przekazu, słupów ogłoszeniowych nie pomijając, przekonywano mnie do za i przeciw połączeniu Szwecji z Unią Europejską, zachowałem się jak mądry człowiek, czyli zgłupiałem doszczętnie i dopiero opinia Astrid Lindgren pomogła mi zatrzymać wahadło niezdecydowania. Na dzień przed głosowaniem pytana przez tutejszego Kamila Durczoka w tutejszych Wiadomościach powiedziała tak: "Ja się tam na tej waszej polityce za bardzo nie rozumiem, ale coś mi się wydaje, że dla biednych ludzi to ta unia za dobra chyba nie będzie". Uff! Nareszcie mogłem rozstać się z okresowym politycznym ogłupieniem i na powrót cieszyć się mądrością. Nie moją wprawdzie, ale czy to ważne z czyjej mądrości się korzysta, żeby samemu nie zwariować? Na wszelki wypadek o pójściu do lokalu wyborczego zapomniałem.

I jeszcze jedna dygresja, tym razem pośrednio tylko związana z Astrid, a bezpośrednio z atomowymi elektrowniami. Znów zrobiono sobie żarty z narodu, każąc mu się opowiedzieć w referendum, czy chce mieć w żarówkach atomy, czy nie. A skąd taki naród może co wiedzieć, skoro mąci mu się w głowie od przedszkola?!

Jacyś faceci uznali jednak, że nie szkodzi sobie na koszt narodu z narodu pożartować i ogólnokrajową ankietę zarządzili. (W Danii, jak wiadomo, też dla kawału pytali naród, czy chce do Unii, a jak zachował się nie tak, jak mu polecono i powiedział NIE, to zarządzono poprawkę, obiecując, że tak długo będzie pytany, aż się zgodzi.)

Naród, jak to naród, na połowy się rozdzielił i dalej kłócić się i spierać, a przekomarzać, a żartować, a że za, a że nie za, a że może, już, zaraz, albo trochę później, albo później, ale wcale. Wygrała opcja ostatnia: później, ale wcale. Cośmy się jednak nadyskutowali, nakłócili, to nasze.

Żeby wiadomo było, kto jest za czym, oznakowano nas wpinanymi w górną część odzieży podobnymi do kapsli od piwa blaszkami na agrafce, na których stało TAK lub NIE, zaś drzwi mieszkań i domów oklejone były odpowiednimi etykietami, informującymi do jakiego kapsla należy schowany za nimi obywatel. Napięcie i zaangażowanie narodu było totalne. Śmieją się Szwedzi z siebie do tej pory. Zwłaszcza że od samego początku wszyscy przeczuwali, że to tylko zabawa, bo politycy i tak zarządzą, jak będzie wskazywała potrzeba. Na razie minęło od tego czasu lat ponad dwadzieścia i potrzeba jest, żeby o elektrowniach atomowych nic nie mówić. A w każdym razie nie urządzać niby demokratycznej hecy z narodu, któremu z elektrowniami czy bez i tak jest nie do śmiechu.

Wracając zaś do Astrid Lindgren (której nazwisko znaczy dosłownie "lipowa gałąź"), rzeczywiście jej status w społeczeństwie jest wyjątkowy, z niczyim nieporównywalny.

Sąsiadka z całą powagą opowiadała mi na przykład o zapamiętanej do dziś wielkiej radości, kiedy ciocia Astrid (bo tak tu o niej mówią) odesłała jej podpisaną książkę. Jako dziewczynka czuła się mianowicie gorsza od koleżanek, bo wszystkie miały jakieś ciocie, a jej rodzice jak na złość oboje byli jedynakami. Napisała więc do Astrid z prośbą, żeby ona została jej ciotką, a na dowód owej adopcji dokonała odpowiedniego wpisu w przesłanej książce. Annika, bo takie imię ma sąsiadka, traktuje książkę z własnoręcznym wpisem Astrid Lindgren jako relikwię z dzieciństwa przeniesioną w dorosłość i nigdy, za żadne skarby by się z nią nie rozstała. Myślę, że takich sąsiadek, dla których Astrid Lindgren, z wpisem, czy bez, pozostała na resztę życia ciocią, jest w Szwecji ogromna ilość.

Kiedy nastała telewizja, oczywistym stało się, że nikt inny, tylko sama ciocia Astrid powinna czytać dzieciom opowieści o wymyślonych przez siebie bohaterach. I jeśli można cokolwiek powiedzieć o wyższości jednego narodu nad drugim, to bez wątpienia szwedzkie dzieci pod tym względem mają więcej szczęścia od innych.

Przedmiotem ogólnokrajowej debaty była oczywiście sprawa Nobla dla Astrid. Dlaczego jej nie dają? Zasłużyła przecież na niego jak mało kto. Tłumaczona na wszystkie języki świata używające jakiegoś alfabetu, formująca wyobraźnię wychowawczyni niezliczonych milionów ludzi, którym zdarzyło się kiedyś być dziećmi, wspaniała pisarka obdarzona wyjątkową wyobraźnią dająca początek nowemu rodzajowi literatury. I do tego Szwedka, więc jeśli nie z wyliczonych powodów, to po znajomości.

Sprawa do dziś nie jest rozstrzygnięta, komitet przyznający nagrodę referendum nie ogłasza (a szkoda!), zaś zapytana o tę sprawę Astrid miała ponoć powiedzieć: "Nobel? Nigdy w życiu! To jest bardzo niebezpieczne w moim wieku. Wprowadza tyle zamieszania, że można od tego po prostu umrzeć. Nej, tack!" Co po szwedzku znaczy "No, thanks!"

Biedniej będzie teraz Szwedom bez Astrid, oj biedniej. Wprawdzie pozostaną na zawsze książki, filmy, piosenki, ale kogo będą pytać o zdanie? A o ile znam się na politykach, to wcześniej, czy później znów wymyślą jakiś problem, którego bez Astrid Lindgren naród nie rozbierze. Chyba że referendum.

 

[bajofraj@algonet.se

Zugriffszähler od 24.2.2002