cyprinfo.htm    25.07.2004 Zugriffszähler

Próżne rozważania spod cypryjskiej palmy

Próżne to będą rozważania, bo nie opisują Polonii cypryjskiej „z zewnątrz”. Ich autorka, ja, mieszka w Nikozji i w miarę możliwości angażuje się w działalność polonijną tutejszej społeczności. Nie roszczę sobie prawa do obiektywizmu - nie przeprowadzałam wywiadów ani nie robiłam rozeznania w celu zebrania materiału do tego artykułu. Jest on moją interpretacją tego, co widzę i co słyszę.

Polonia na Cyprze nie ma korzeni. Nie może powoływać się na szlachetną tradycję czy zasłużonych przodków; pierwsze wnuczęta dopiero się rodzą. Tak więc, jest to Polonia „młoda”, składająca się z osób które – z małymi wyjątkami – przybywały na wyspę w przeciągu ostatnich 20 lat.

Nie znaczy to jednak, że jesteśmy pionierami. Pierwsze ślady Polaków na Cyprze pozostawili po sobie rycerze-krzyżowcy i pielgrzymi, którzy szlakiem lądowo-morskim już od czasów średniowiecza przez Cypr podążali do Ziemi Ś więtej. Upadek Rzeczpospolitej w XVIII w. uniemożliwił podróże; odżyły one dopiero w drugiej połowie XIX w. i miały już głównie charakter pielgrzymkowy i badawczo-naukowy. Następni Polacy, którzy znaleźli się na wyspie Afrodyty to ci, których zawiodła na wyspę tułaczka wojenna. Uchodźcy zorganizowali tu wtedy szkołę powszechną i gimnazjum, oraz wydawali swoją gazetkę. Grupa ta została przetransportowana do Rodezji Północnej. Od 1967 r., z przerwami, polska grupa archeologiczna niezmordowanie prowadzi badania naukowe w Pafos.

Równolegle, od lat 60-tych, zaczęliśmy pojawiać się my. W ciągu 20 lat z tych nieśmiałych i pojedynczych osiedleń zrobiła się 350-osobowa mniejszość narodowa. Pomimo, że mamy tak zacnych poprzedników, wszyscy oni byli na wyspie tylko „przejazdem”, w gościach, a my jesteśmy „u siebie” i powoli, ale zdecydowanie rośniemy w siłę. Od 1 maja 2004 r. statystycznie wspomagają nas setki Polaków przybywających na wyspę w celach poszukiwania i podejmowania pracy. Historia przetoczyła więc jeden cykl: przybywający dzisiaj na wyspę znowu będą przejazdem (oczywiście z wyjątkami), a trzonem polskości pozostaniemy tu my.

Ogromna większość Polonii „stałej” to kobiety, co od razu wskazuje na rodzaj naszej emigracji: jest to emigracja serc skradzionych przez Cypryjczyków przebywających w Polsce na studiach albo poznanych w innych zakątkach świata. Miłość nie przesłaniała nam jednak realiów. Większość z nas zdawała sobie sprawę, że wybieramy się na wyspę o krwawej – i przez to może bliskiej Polakowi - historii najazdów i wojen. W przypadku Cypru była to jednak historia wciąż żywa, historia podziału wyspy na część grecką i turecką mającego miejsce do dzisiaj. Bardzo skomplikowany „problem cypryjski”, który dla niejednego historyka mógłby być wyzwaniem, dla nas był i jest źródłem poczucia niepewności i potencjalnego zagrożenia.

Jeszcze większą niewiadomą były różnice kulturowe, których należało się spodziewać. Jakby nie było, w „naszych czasach” o Cyprze nikt nic nie wiedział, a jego położenie geograficzne – bliżej Bliskiego Wschodu niż Europy - nie wskazywało na łatwą asymilację. Przygotowanie się na arabskie wpływy nie było bezpodstawne. Przybywający na wyspę Afrodyty Polak od razu wychwyci różnice w intonacji głosu i temperamencie mowy (rozmowy Cypryjczyków są często na granicy krzyku), przesadne gestykulowanie, inny sposób spędzania czasu (oglądanie telewizji, gry w karty lub warcaby albo przesiadywanie w restauracjach), zrelaksowane podejście do obowiązków, brak troski o szczegóły (tutaj te estetyczne szczególnie rzucają się w oczy) i wreszcie nieco władczy stosunek do kobiet. Tak więc, każda z nas przyjeżdżała tu z duszą na ramieniu i na początku tylko „na próbę”.

Na Cyprze łatwo szybko poczuć się u siebie. Dzieje się to chyba za sprawą małego rozmiaru wyspy i jej małomiasteczkowego charakteru. W ciągu jednego dnia można objechać Cypr dookoła (tzn. jego południową, grecką część) by następnego dnia chwalić się znajomością geografii. Codzienny widok tych samych twarzy daje poczucie przynależności do dużej rodziny, choć po jakimś czasie brak anonimowości może okazać się frustrujący. Gwarantowana pogoda kompensuje małe niedogodności dnia powszedniego. Dzisiaj nie wyobrażamy sobie życia z koniecznością wyglądania przez okno przed każdym wyjściem z domu, zabezpieczanie się w towarzystwo parasola, ciągłe przebieranie, nie mówiąc o ubieraniu się „na cebulkę”. A przede wszystkim, wydaje się, że naszym partnerom bardzo zależało na tym by pozostać „u siebie" i robili wszystko by życie na wyspie swoim wybrankom umilić. A mężów mamy wyjątkowych, bo tylko tacy mogą zgodzić się na dożywotnie towarzyszenie niepokornej, w porównaniu do tutejszych pań, małżonce-Polce.

Ale początki były trudne, jak zawsze i wszędzie. Z zasady ci, których trudności nie oszczędzają, potrafią je pokonywać. A im większe trudności, tym większa siła woli by z nimi walczyć. Podczas gdy w większych skupiskach polonijnych można przeżyć bez znajomości języka danego kraju, znaleźć pracę (przynajmniej tę pierwszą) u Polaka, a nostalgię za swojską kiełbasą rozwiać krótką wycieczką do polskiego sklepu za rogiem, na Cyprze byliśmy zdani na siebie. Rzadko kto wiedział o innej polskiej duszy, na ramieniu której mógł się wypłakać; nie było z kim podzielić się doświadczeniami czy zamienić słowo w „ludzkim” języku. Adaptacja nie była więc naturalnym i powolnym procesem, a świadomym wysiłkiem. W niektórych przypadkach było to branie byka za rogi. Dla niektórych napotkane problemy były zbyt skomplikowane, by w ogóle próbować - ci opuścili wyspę. Reszta konsekwentnie parła do przodu.

Pierwszą barierą do pokonania był oczywiście język. Cypryjczycy uważają, że język grecki jest jednym z najtrudniejszych na świecie i na poparcie tej tezy przywołują, siejące popłoch wśród obywateli krajów Europy Zachodniej, nazwy. setki wyjątków. Nam one nie obce a i deklinacjami oraz koniugacjami nastraszyć się nie damy.

Do kuchni przyzwyczajaliśmy się tak my, jak i nasi partnerzy. Nie trudno polubić cypryjskie mięsa na rożnie, doceniamy doskonałe dania jarskie i sałatki, które proponuje kuchnia cypryjska. Za to oferujemy tubylcom polskie zupy, których ilość i wymyślność chyba nigdy nie przestanie ich szokować. Do spożywania głównego posiłku wieczorami nie trzeba nas było namawiać – letnia pogoda nie bawi się w przekonywanie, po prostu w południe – tradycyjny czas spożywania obiadu w Polsce - zwala z nóg. Bez problemu też, po latach zmagań z przyzwyczajeniem, zamieniliśmy carpe diem na siga-siga (wolniej-wolniej).

Ale nie poddaliśmy się jeżeli chodzi o nasze tradycje. Nie ma chyba polskiego (lub półpolskiego) domu na Cyprze, który nie obchodziłby świąt Cypryjczykom obcych, a nam tak drogich. Należą do nich: Wigilia Bożego Narodzenia, święcenie pokarmów w Wielką Sobotę, śmigus-dyngus w Poniedziałek Wielkanocny. Tak się składa, że święta te nie kolidują ze świętami cypryjskimi, tak więc mamy możliwość obchodzić je w towarzystwie zazwyczaj zachwyconych naszym obyczajem Cypryjczyków. W przeciągu lat okazało się jednak, że nasze potrzeby przewyższają to, co oferuje kraj, w którym przyszło nam żyć. Przyszedł czas na więcej.

Działalność Polonii na Cyprze jest doskonałym świadectwem na to, że popularne powiedzenie „Potrzeba jest matką wynalazków” sprawdza się w życiu. Potrzeby, a nie świadome zaangażowanie czy wrodzony pociąg do pracy społecznej, były powodem spotkań, które z czasem przerodziły się w struktury organizacji. Zaczęło się od potrzeb ducha, a na czym się skończy? Trudno przewidzieć.

Mamy szczęście, jakiego niejedno małe skupisko polonijne (i nie tylko) może nam pozazdrościć. Mianowicie, na wyspie przybywają dwaj kapłani-Polacy. Zorganizowanie mszy świętych w języku polskim, choćby tylko raz w miesiącu, nie było więc problemem. W Nikozji odprawiane są one już ponad 10 lat, a od kilku lat również w Limassolu i Larnace. Herbatce w zakrystii nie raz towarzyszyły śpiewy (ludowe lub patriotyczne, w zależności od okazji, a w czasie świąt koniecznie kolędy), z czasem wprowadziliśmy dzielenie się opłatkiem, prezenty mikołajkowe, wymienianie się gazetami i książkami. Nasze rozmowy tematycznie nie odbiegały pewnie od tych, które prowadzą Polacy w Japonii, Kenii czy USA. A więc była wymiana doświadczeń z życia codziennego, odkrywanie różnic w tradycjach polskich w zależności od rejonu Polski, z którego dane osoby pochodziły, wspomnienia lat szkolnych, wymiana informacji typu co-gdzie-kiedy dotyczących tak osób prywatnych jak i całego środowiska polonijnego. Nieobecność na jednej mszy polskiej stała się równoznaczna z wyłączeniem się z życia polonijnego na dwa miesiące. Sposobem na wyeliminowanie poczucia alienacji była gazetka. Tak powstał miesięcznik „Spod znaku Afrodyty”.

Miesięcznik ma charakter społeczno-kulturalny i ma na celu podtrzymywać i przypominać to, co nas połączyło. Można w nim znaleźć przedruki z prasy krajowej, informacje o wydarzeniach kulturalnych i polityczno-gospodarczych w Polsce, informacje z życia Polonii cypryjskiej, fragmenty literatury polskiej, życiorysy wielkich Polaków i ich osiągnięcia, artykuły historyczne, opisy obyczaju i typowych tradycji polskich, kącik języka polskiego, savoir vivre, porady domowe oraz propozycje kulinarne – a więc wszystko to, czego wysłuchiwały ściany kościelnej zakrystii. Wychodzi już ponad 6 lat i jego kolportaż z roku na rok rośnie. Zaskoczeniem dla redakcji było, że zainteresowała się nim zagranica i wiele osób z Polski, do których jest on regularnie wysyłany. Miesięcznik opisuje jednak tylko a nie uczestniczy w tym, co się dzieje, dlatego też nie wypełnił luki w życiu kulturalno-obyczajowym Polonii. Powstała więc nowa komórka organizacyjna, z nowymi celami i zadaniami: „Malwa”.

 

Rozpęd, z jakim Stowarzyszenie Kulturalne Polaków na Cyprze „Malwa" rozpoczęło swoją działalność – ponad 30 imprez w ciągu 3 lat istnienia - wskazuje jak ogromne było zapotrzebowanie na polskie wydarzenia kulturalne i obyczajowe. Największym chyba egzaminem jego możliwości było spotkanie z ponad 50-osobową orkiestrą Sinfonia Varsovia oraz jej gośćmi – wydarzenie do dziś wspominane w środowiskach polskim i cypryjskim. Wydaje się, że od tej pory Stowarzyszeniu nic nie jest straszne. Podejmuje się organizacji koncertów, wystaw, wieczorów z kulturą, ale nie gardzi również imprezami o bardziej nieoficjalnym charakterze i mniejszego formatu jak majówki, czy ratowanie kasztanowców w Polsce. Głównym celem Stowarzyszenia jest promocja kultury polskiej wśród Cypryjczyków i innych nacji mieszkających na Cyprze; często jednak zaprasza ono artystów niepolskich do udziału w imprezach, podkreślając tym swoje otwarcie na inne kultury.

 

W tym miejscu należy wspomnieć o ponad 20-letniej działalności Towarzystwa Przyjaźni Cypryjsko-Polskiej. Chociaż nie jest ono organizacją typowo polonijną, bo powstało z inicjatywy Cypryjczyków-absolwentów uniwersytetów polskich, jego wkład w promowanie Polski jest bardzo duży. Przez lata było ono jedyną organizacją zrzeszającą m.in. Polaków i jedynym źródłem bezpośredniej informacji o Polsce. Towarzystwo ma w programie organizowanie spotkań absolwentów, pikników, mikołajek dla dzieci, balów oraz koncertów muzycznych. Imprezy te zawsze cieszyły się ogromną popularnością; niektórzy żyli wręcz „od balu do balu”.

 

Ci, którzy swoje na koncertach już odsiedzieli, mogą zapisać się do amatorskiego klubu piłki nożnej „F.C. Chopin", który działa od 1997 r. w Limassolu. Drużyna Polaków dwa razy w tygodniu rozgrywa mecze i turnieje z cypryjskimi amatorskimi drużynami piłkarskimi i dzielnie kibicuje przyjeżdżającym na Cypr drużynom. Jeśli ktoś zobaczy flagę polską na stadionie, może być pewien, że pochodzi ona z „Chopina”. Jak członkowie klubu dzielą czas pomiędzy bieganie po boisku i odwiedzanie sal koncertowych - nie wiem, ale nazwa klubu wyraźnie wskazuje na to, że zadecydowali iż polskie mazurki – nawet jeśli tylko odsłuchiwane - pomagają w utrzymaniu kondycji.

 

Od 1999 r. działa szkoła polska. Dla dzieci są to zajęcia pozaszkolne, ale te dzieci, które biorą w nich udział, robią to chętnie. Być może w przyszłości, gdy urośniemy w siłę tysięcy, szkoła ta będzie zalążkiem instytucji edukacyjnej z prawdziwego zdarzenia. Na naszych spotkaniach powoli zaczyna brakować miejsca na dziecięce wózki, z których wystają jasnowłose główki naszych potomków. Polonio, szykuje się następny projekt – zaczynajcie poszukiwania lokum na polskie przedszkole.

 

Rosnące zainteresowanie Cyprem i Polonią cypryjską, najpierw wśród studentów poszukujących informacji do prac magisterskich, a potem wśród innych Polonii oraz osób prywatnych, ujawniło głęboką przepaść, jaka dzieliła nas od reszty świata polonijnego. Przyszedł czas na podciągnięcie strony technicznej Polonii do akceptowalnego poziomu. Chodziło o to, żeby mówić o sobie rzeczy, które interesują innych, a więc odpowiedzieć na zapotrzebowanie. W tym przypadku było to zapotrzebowanie na informację o nas samych, czyli o Polonii ogólnie i o wszystkich organizacjach polonijnych działających na Cyprze. Pomysły zmieniały się z dnia na dzień, bo prawie codziennie przychodziły nowe pytania i prośby, by wreszcie, po dwóch latach myślenia i pod niesłabnącą presją Zbyszka Kosteckiego z www.polonia.org, nadać kształt stronie internetowej. Od czasu powstania urosła ona w kilobajty, znowu jako rezultat na zapotrzebowanie: w związku z jednoczesnym wejściem Polski i Cypru do UE zalała nas fala pytań o możliwości pracy, mieszkania i tysiąca innych spraw związanych z życiem codziennym na Cyprze. Dzisiaj wszystko, co jest nam wiadome w tych kwestiach, znajduje się na tejże stronie.

Posiadanie strony internetowej wpłynęło na nadanie naszym relacjom innego wymiaru: chociaż komunikujemy się częściej, więcej wiemy „z pierwszej ręki” i do większej liczby osób docieramy, nasze kontakty stały się mniej osobiste. Coraz łatwiej się porozumieć i doinformować, ale coraz trudniej spotkać prywatnie. Polonia na Cyprze nie ma „Domu Polonii", w zasadzie nie ma adresu (każda organizacja ma swój własny), a nawet telefonu. Każda osoba zaangażowana pracuje zawodowo i nie ma ani czasu ani możliwości na kontakty osobiste w ciągu dnia. Tak więc, praca w organizacjach polonijnych jest pracą „po nocach”, ma charakter wyjątkowo społeczny, a często charytatywny (organizacje nie są dofinansowane. Imprezy wymagające dużych nakładów finansowych wiążą się z poszukiwaniem sponsorów). Z zasady nie oglądamy się na innych; każdy robi co umie, co chce i ile może.

To, co się dzieje w naszym środowisku jest wynikiem pracy grupowej, dlatego też do tej pory celowo nie przytaczałam żadnych nazwisk. Zainteresowanych wkładem poszczególnych osób odsyłam do strony internetowej. Niemniej jednak, ci, którzy cokolwiek w życiu robili, wiedzą, że za biernymi wyrażeniami „powstało”, „zorganizowano”, „zaproszono” kryje się aktywność osób. Z grubsza, wszystkie inicjatywy mają swojego pomysłodawcę, wykonawcę i… sprzątaczkę.

Nie ujmując zasług nikomu, kto w jakikolwiek stopniu pomaga w tym co robimy, w tym miejscu, świadomie i bez strachu o posądzenie mnie o stronniczość, łamię powyższą zasadę anonimowości i przytaczam nazwiska dwóch osób. Nie ma o nich wzmianki w encyklopediach Polonii, nie opisuje się ich działalności w gazetach (chociaż się je cytuje), nie są one wyszczególnione pod tytułem zasłużonych nawet na naszej stronie internetowej. A są to osoby, dzięki którym Polonia jako wspólnota istnieje i działa. Każdy z nas widział te osoby, nawet jeśli nie zna ich nazwisk: noszą one sztalugi i rozwieszają plakaty; zapowiadają występy artystów i wręczają kwiaty; pierwsze wykonują telefon do rodziny polskiej, którą spotkało nieszczęście; po imprezie zostają do północy by sprzątać salę. Są one obecne zawsze i wszędzie. Są to również jedyne osoby, które zawsze znajdują czas, by mówić innym o Polsce i Polonii. Słowo „my” używane podczas takich rozmów odbiera im należny, imienny kredyt.

Pierwszą osobą jest Urszula Tekeli-Savvopoulou. To ją zawsze wypychamy do przodu by o nas mówiła. I mówi: do Polaków o Cyprze i jego tradycjach, a do Cypryjczyków o Polsce i Polonii. Wydaje się, że nie ma wśród nas bardziej wykwalifikowanej osoby, by nas reprezentować i za to jesteśmy jej wdzięczni. Ale znaczy to, że nikt publicznie nie mówi o niej. To jest moja prywatna próba.

Urszula jest niewyczerpaną skrzynią pomysłów (od inicjatywy na rzecz kasztanowców po niezrealizowany jeszcze ogromny projekt odtworzenia na Cyprze krakowskiej „Uczty u Wierzynka”). Nawet jeśli pomysł podsunie ktoś inny, to ona będzie jego wykonawcą. Ona będzie umawiać artystów, załatwiać sale, myśleć o podziękowaniach. Dba o każdy szczegół. To ona zainicjowała msze w języku polskim, ona pamięta o każdej rocznicy, ona zwozi najwięcej darów na cele charytatywne i nigdy nie odmówi udziału w wyborach czy jakichkolwiek akcjach organizowanych przez ambasadę. Ona organizuje wycieczki po Cyprze w celu spotkania się i podzielenia opłatkiem z seniorami polonijnymi, którzy na imprezy do Nikozji przyjeżdżać już nie są w stanie. Jakiejkolwiek organizacji się dotknie, przeżywa ona okres świetności. Jest członkiem Towarzystwa Przyjaźni Cypryjsko-Polskiej, prezesem „Malwy” i motorem każdej imprezy, którą to stowarzyszenie organizuje, jest współredaktorem miesięcznika „Spod znaku Afrodyty”. Ktoś mógłby pomyśleć, że jej wszechstronne zaangażowanie wynika z chęci pokazania się lub szukania poklasku. Zapewniam wszystkich, że Urszula robi to, przed czym bronią się inni. Po prostu, najczęściej, z powodu braku chętnych, podejmuje się każdego zadania, tak, by zakończyło się ono sukcesem. Jej bezinteresowność przejawia się najlepiej chyba wtedy, gdy organizatorami imprez są inni, a ona mimo wszystko zadzwoni i zaoferuje pomoc. Byle Polska była zaprezentowana godnie, a Polacy pokazali się od najlepszej strony. Wszyscy wiedzą, że robi dla Polski i Polonii ogromnie dużo. Mam dowody na to, że robi dużo więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek się dowie.

Druga osoba składa się z dwóch nierozłącznych połówek: Zbyszka Irzeńskiego i jego cypryjskiej małżonki Sophie. Nie da się mówić o nich z osobna, bo „Ubi tu, Zbyszek, ibi ego Sophie". Zbyszka w środowisku muzycznym znają wszyscy pod pseudonimem artystycznym Zygi. Jest doskonałym saksofonistą jazzowym (i nie tylko jazzowym), świetnie gra na fortepianie, nie stroni od akordeonu. Ma dar spontaniczności muzycznej – gra od ręki, z nut lub ze słuchu – bez prób i opracowań. Czy to muzyka klasyczna, jazzowa czy ludowa; czy to kolędy lub pieśni patriotyczne; czy to popisy solowe czy akompaniamenty – na Zbyszka zawsze możemy liczyć. Przez lata udzielał się w Towarzystwie Przyjaźni Cypryjsko-Polskiej, jest członkiem zarządu „Malwy”, miesięcznik „Spod znaku Afrodyty” był jego pomysłem. Na jego głowie spoczywa muzyczne opracowanie prawie każdej imprezy polonijnej, od wieczorów z kolędami i zaduszek jazzowych po miesięczne msze święte w języku polskim (Zbyszek od lat jest pełnoetatowym organistą w kościele katolickim w Nikozji). We wszystkim co robi wspomaga go małżonka. Mało kto dorówna Sophie w pracowitości. Jest niezastąpionym rzecznikiem Polonii, a jej opinia – z racji cypryjskiego pochodzenia bardziej obiektywna niż nasza – ma większe znaczenie w środowisku tak polskim jak i cypryjskim. Sophie jest pełno wszędzie. Gdy zaproszeni goście siedzą jeszcze w sali koncertowej wsłuchani w ostatnie takty, Sophie już przygotowuje poczęstunek. Gdy my jeszcze gościmy się i rozmawiamy, ona już zbiera dekoracje z sal, by potem zająć się sprzątaniem stołów i wynoszeniem toreb. Nikt nie potrafi z taką skutecznością jak ona umówić sponsorów, dotrzeć do rzesz z informacją o imprezach, ugościć. A dlaczego to robi? Mówi, że z miłości do Zbyszka(-Polaka, dodam przewrotnie).

Najaktywniejsza działalność Polonii cypryjskiej obecnie ma miejsce w Nikozji, niemniej jednak, mamy nadzieję, że wkrótce będziemy widoczni na całej wyspie.

W tym miejscu wyczerpują się moje zasoby próżności, a wraz z nimi ogólne informacje nt. Polonii na Cyprze. Pozostaje tylko życzenie, by następnym razem inni pisali o nas w tak pochlebny sposób, jak my piszemy o sobie.

 

Małgorzata Chrysanthou, Nikozja (23.07.2004)

Strona internetowa
http://leonardo.spidernet.net/Populus/8123

E-mail polonia_cypr@yahoo.co.uk