"Obywatel poeta" 
film o Zbigniewie Herbercie 
w rezyserii Jerzego Zalewskiego 
mozna obejrzec w internecie

http://www.pai.pl/transmisja/herbert.htm  - Uwaga mozna ogladac tylko przy laczach T-DSL lub ew. ISDN!

Informacja o udostepniaiu tego filmu na kasetach VHS do bezplatnych pokazow 
publicznych:
Anna Kreczmer mailto: aniak@pai.pl
http://www.solidarnosc.pol.pl/2001/ts04/t18.html


26 STYCZNIA 2001

MANIPULATORIADA czyli Profanacja zwlok 

Zbigniew Herbert: "Michnik jest manipulatorem. To jest czlowiek zlej
woli, klamca, oszust intelektualny".

" - oni wygraja
pójda na twój pogrzeb i z ulga rzuca grude
a kornik napisze twój uladzony zyciorys"
Z. Herbert, "Przeslanie Pana Cogito"


Opinia Zbigniewa Herberta o Adamie Michniku - ze jest manipulatorem,
czlowiekiem zlej woli, klamca i oszustem intelektualnym - nie zostala
przez poete napisana, tylko wypowiedziana, i mozna ja uslyszec ogladajac
film Jerzego Zalewskiego "Obywatel poeta". Rzecz wszakze w tym, iz
ogladalo go dotychczas niewiele osób (tylko widownia kolaudacyjna TVP,
czyli jurorzy oceniajacy, tudziez grono uczestników dwóch niewielkich
publicznych pokazów, plus prywatny krag ludzi bliskich Zalewskiemu), a
polska opinia publiczna jest juz od prawie roku chroniona przed ta
antykomunistyczna i antymichnikowska "trucizna" staraniem cenzorów TVP
wskrzeszajacych bujne lata PRL-owskich "knebli z ulicy Mysiej". 

Ta cenzuriada dostaje silne wsparcie od gazety Michnika, czego dowodem
wrecz drastycznym (nawet wobec standardów uprawianych przez Michnika
notorycznie) stal sie wywiad "Gazety Wyborczej" z zona zmarlego poety
(30-XII-2000-1-I-2001), w którym wdowa prezentuje Herberta jako
czlowieka bredzacego chorobliwie "bardzo duzo zlych rzeczy". Ów glosny
juz wywiad Katarzyny Herbertowej - bedacy koronnym dowodem slusznosci
sadu Herberta o Michniku jako manipulatorze, klamcy i szalbierzu
intelektualnym kierowanym zla wola - stanie sie w przyszlosci koronnym
"casusem" dla wszystkich uczciwych analiz studialnych
(historiograficznych, publicystycznych czy akademickich) tyczacych
manipulacji prasowej tudziez intelektualnej. Tym tekstem "Gazeta
Wyborcza" dokonala rzeczy niemozliwej z pozoru: zeszla nizej dna
etycznego, które wyznaczyla sobie juz dawno jako swój zwyczajny poziom.

Wsród najohydniejszych klamstw "Gaduly Wyrodnej" królowal dotychczas
tekst o tym, ze Powstancy Warszawscy (zolnierze AK) programowo mordowali
zydowskich niedobitków z getta warszawskiego. Byl to wszakze paszkwil o
tyle mniej grozny, ze malo kto w takie arcyhaniebne pomówienie uwierzyl,
bo nawet mlodzi rodacy (czerpiacy wiedze historyczna od ojców i matek)
domyslili sie, iz "Adas" uprawia tu antypolska i antygojowska szulerke
gwoli jakichs swoich "wyzszych celów". 

Tymczasem wywiad z zona Herberta moze byc wiarygodny dla ogromnej liczby
czytelników "GW", bo któz jak nie "pani Katarzyna" znal psyche wielkiego
poety, któz obcowal z nim czesciej, któz lepiej wsluchiwal sie w bicie
jego serca jak nie malzonka? Ten czytelnik nie wie, iz udzielajac
rzeczonego wywiadu pani Herbertowa leczy wlasne kompleksy, podbechtywana
sprytnie przez interlokutora (tu klania sie Freud), a tym bardziej nie
wie, iz spowiadajaca sie na zamówienie dama zwyczajnie kreuje (by nie
powiedziec: falszuje) rzeczywistosc, glównie metoda przemilczania
faktów, które neglizuja jako nonsensowne jej tezy o niepoczytalnosci
Herberta wywolanej "chorobowa nicia" co poete "oplotla" (cytuje barwne
sformulowania z wywiadu). Pani Herbertowa pomija równiez "wstydliwe"
dzis dla niej fakty towarzyskie (o czym za chwile), by nie uczynic
wywiadu humorystycznym. Zatem wywiad nie jest komiczny - jest tragiczny,
przez co rozumiem charakter i poziom jego kluczowych fragmentów, tych,
dla których w ogóle zostal zmajstrowany, a które maja posmiertnie
ubezwlasnowolnic Herberta jako antymichnikowca i antykomuniste, i
ubrudzic jego sojuszników z kregu antykomunistycznego. Iluz to juz
aforystów zartowalo sobie, ze wdowy po wielkich ludziach winno sie
hinduskim zwyczajem palic na stosach razem z cialami mezów, by nie mogly
glupim lub falszywym slowem kalac pamieci malzonka, albo robic z niego
"post mortem" durnia badz wariata!

U zródel wywiadu pt. "Pani Herbert" lezy wspomniany film pt. "Obywatel
poeta", gdzie Herbert bez ogródek pietnuje ludzi wladajacych rodzima
kultura, publiczna mentalnoscia i scena polityczna, czyli "samych
swoich": komunistów, postkomunistów, intelektualistów przefarbowanych
taktycznie na pozorny antykomunizm lub otwarcie lewicujacych (takze
znanych twórców, Milosza i innych), i wiesza psy na Michniku jako na
szkodniku moralnym, lajdaku par excellence. Kregi "postepowe" musialy
przeciw temu zareagowac. Zareagowaly swoim zwyczajem, czyli cenzura.
Film Zalewskiego ulegl cieciom, emisje ciagle przesuwano "ad calendas
Graecas", wreszcie jednak wyznaczono termin w TVP 2: 28 lipca 2000. Ale
filmu nie wyemitowano wtedy (bo "sami swoi" okazali sie znowu
mocniejsi), zostal wiec "pólkownikiem". 

Pech "samych swoich" polegal tu wszakze na tym, iz jeszcze nie wszystkie
polskie media sa czerwone lub rózowe - te nieliczne przyzwoite wszczely
publiczny bój o "Obywatela poete" (vide mój artykul "Po stronie prawdy"
w "Tygodniku Solidarnosc" 15-IX-2000). Sprawa nabrala takiego rozglosu,
ze kilka miesiecy pózniej TVP (borykajaca sie z ciaglymi zarzutami o
wskrzeszanie cenzury) wyznaczyla nowy termin emisji filmu: 29 stycznia
2001. Czy emisja rzeczywiscie nastapi (i w jakiej formie, z jakimi
cieciami cenzorskimi) - zobaczymy juz za kilka dzionków. Wczesniej
zobaczylismy kontruderzenia wyprzedzajace (to termin wojskowy) nowo
upieczonego antyHerbertowskiego duetu pan Michnik-pani Herbert. Dwa. Z
data 1 stycznia 2001 ukazal sie w gazecie pana Michnika ów obrzydliwy
wywiad dezawuujacy wielkiego poete. Dzien pózniej - z data 2 stycznia -
TVP otrzymala pismo kancelarii adwokackiej reprezentujacej pania
Herbertowa. Pismo informowalo TVP 2, ze jesli film Zalewskiego zostanie
wyemitowany w swej formie pierwotnej (czyli oryginalnej) to pani
Katarzyna Herbert pozwie telewizje publiczna i PAI (Polska Agencje
Informacyjna - wspólproducenta filmu) przed sad.

Cóz tak bardzo zabolalo wdowe, ze wszczela kroki prawne, grozac sadem
ludziom i instytucjom zwiazanym z wyprodukowaniem i z planowana emisja
"Obywatela poety"? Michnik i jego kompania postanowili wmówic opinii
publicznej, ze tak pania Herbertowa zdegustowaly antykomunistyczne i
(zwlaszcza) antymichnikowskie wypowiedzi Herberta, które serwuje ów film
- i temu wlasnie sluzy wywiad w noworocznej "GW". Jednak wsród ludzi,
którzy juz film ogladali, mówi sie (i to gremialnie, prawie bez
wyjatków), ze wdowe rozwscieczylo cos zupelnie innego. Duze partie
dlugiego jak na dokument (prawie póltoragodzinnego) filmu to wywiad z
wielka miloscia Herberta - z jedyna kobieta, dla której pisal wiersze
(notabene erotyki), i z która utrzymywal wieloletni kontakt. Ta pani
mówi nostalgicznie do kamery o ich milosci, czulosci, przyjazni etc., co
dla zony byc przyjemne nie moglo. 

Udzielajac teraz wywiadu "GW", pani H. napomyka o kochankach meza i (z
widocznym przekasem) o tym, ze dla niej nie pisal wierszy. Lecz
pretensjami sercowo-lózkowymi nie daloby sie zamazac wizerunku "Adasia"
jako klamcy, manipulatora i wydrwigrosza intelektualnego, wiec "Gazeta
Wyborcza" musiala eksponowac watek zupelnie inny: oto sama wdowa po
nieodzalowanym zaswiadcza, ze antysalonowosc, antykomunizm i (zwlaszcza)
antymichnikowosc Herberta byly przejawem starczej choroby (w domysle:
umyslowej) "Pana Cogito".Sformulowana pismem adwokackim konkretna
pretensja pani H. wobec filmu to... twarz i glos Herberta. Pani H. zada
- pod grozba trybunalu - usuniecia z "Obywatela poety" wszystkich
fragmentów zawierajacych twarz i glos Zbigniewa Herberta (czyli
wszystkich jego wypowiedzi przeciw Michnikowi i komunistom), twierdzac,
ze emitowanie tej twarzy i tego glosu naruszaloby jej prawa, a uzasadnia
zadanie artykulem 81 Prawa Autorskiego mówiacym o "wizerunku" (vulgo
twierdzeniem, iz glos jest takze czescia "wizerunku", a wszelkie prawa
do upubliczniania "wizerunku" - calego "wizerunku" poety - moze dawac
tylko ona). 

Roszczenia te wszakze zostaly uznane za bezpodstawne przez prawników
realizatora filmu (firma "Dr Watkins"), a przez ekspertów renomowanej
firmy prawniczej "Hogan and Hudson" (do której zwrócila sie o ekspertyze
PAI) wrecz zmiazdzone. Poinformowana o tym TVP nie ma zadnych podstaw
formalnych (prawnych), by kolejny raz wstrzymac emisje "Obywatela
poety". Jesli to zrobi - przyczyna beda wylacznie naciski i manipulacje
polityczne "samych swoich".Stare chrzescijanskie powiedzonko mówi: "Bóg
naznaczyl pewnych ludzi, by walczyli o prawde i sprawiedliwosc". Otwarta
wojne z "samymi swoimi" Herbert wszczal w 1985 roku. Udzielil wtedy
wywiadu J. Trznadlowi (wywiad ten zostal opublikowany jako fragment
"Hanby domowej"), nazywajac "wyscigiem serwilizmu" i "dzuma" prostytucje
polskiej inteligencji (takze twórczej, czy zwlaszcza twórczej) wobec
stalinizmu i pózniejszego "realnego socjalizmu", czyli wobec kazdej
formy komunizmu. Mówil o tym z detalami, a puentowal tak: "To bylo male,
glupie, nedzne, zaklamane". Gdyby powiedzial, ze bylo zbrodnicze - tez
nie minalby sie z prawda. 

Albowiem intelektualna elita (gromady wszelakiego rodzaju twórców) doby
bierutowskiej i gomulkowskiej miala pelna swiadomosc, ze - jak to ujal
Z. Kubiak - "socjalizm jest uciskaniem spoleczenstwa przy uzyciu elit
inteligenckich, które dadza sie do tego zatrudnic". Ze beda sie latwo
dawaly zatrudniac - wiedzieli juz Lenin (zwal pracujacych dlan
inteligentów i usluznych twórców "pozytecznymi idiotami") oraz Stalin
(zwal ich "tanimi kurwami"). Ze beda pozbawione serc i sumien -
bolszewicy tez doskonale wiedzieli; G. Nenning tak scharakteryzowal
wlasna klase (lewicujaca inteligencje): "Bezmyslnosc, oschlosc, zgodne
nasmiewanie sie z Kosciola, a przede wszystkim brak serca i odwagi, by
dojrzec sytuacje, w jakiej znajduje sie naród".

"Samym swoim" nie zabraklo wszakze czujnego oka i ucha, by dojrzec
sytuacje, w jakiej znajduje sie parciejacy system "demokracji ludowej".
Znowu Z. Kubiak: "Juz u schylku lat 60. pisarze czy intelektualisci
wiedzieli, ze kryzys komunizmu jest nieuchronny, ze to sie nie rozwija.
Rozwijal sie tylko kapitalizm". W latach 70. zaczeto sie wiec
przebranzawiac na "dysydenckosc". L. Tyrmand slusznie pózniej zauwazy,
iz liski przefarbowaly sie na "antykomunizm" wtedy, "kiedy nieszkodliwym
krzykiem i niezgadzaniem sie mozna juz bylo w Polsce wybornie
zarobkowac, lepiej niz dotychczasowym sluzalstwem". O tych rodzimych
"dysydentach", przemalowanych z wczesniejszych "zasluzonych dla
krzewienia ustroju", mozna rzec to samo, co wloska specjalistka, M.
Fenelli, rzekla roku 1994 o sowieckich "dysydentach": "W opozycji
inteligentów wobec Kremla bylo duzo swoistego leninowskiego spektaklu.
Wciaz nie do konca rozumiem, jak tez sie wam udawalo granie Twalczacych
z rezimem opozycjonistówt i jednoczesnie deklarowanie: Tnie jestesmy
wrogami wladzy radzieckiejt. Domyslam sie, ze chodzilo o branie
pieniedzy z obu stron". 

Pani Fenelli za domyslnosc winna dostac celujaca note.Lewacka
"dysydenteria" (mozna mylic z dyzenteria) postkomunistyczna lat 80.
miala juz kilkuletni staz, nie lubila wiec gdy jej wodzom (np.
Kuroniowi, eks-szefowi bolszewickiego harcerstwa), jej trubadurom (np.
Konwickiemu, stalinowskiemu stupajce kulturowemu) i jej samej
przypominano byle prostytucyjne wyslugi i piruety. Dlatego chloszczaca
ich tyrada Herberta w "Hanbie domowej" wywolala furie "salonów". 

Odtad przepasc miedzy "ksieciem poe-tów" a lewicujaca inteligencja
"opozycyjna" powiekszala sie juz nieublaganie, by apogeum osiagnac w
latach 90., które celnie streszcza J. Galarowicz: "Niegdysiejsi piewcy
komunizmu, jego wierni sludzy, ludzie skompromitowani - naukowcy,
artysci, dziennikarze - staja na czele budowniczych nowych czasów,
wracaja (w przebraniu socjaldemokratów, liberalów, europejczyków) na
pierwsze strony gazet, gorliwie naród pouczajac, radzac mu itp. Zdrajcy
sugeruja, ze naleza sie im pomniki. W najwyzszej cenie sa konwertyci -
ludzie, którzy odeszli od komunizmu. 

Prawdziwi patrioci, spychani na margines, sa bezradni". Wlasnie ta
bezradnosc Dobra wobec rozpanoszonego Zla mobilizowala Herberta jako
rycerza pietnujacego nikczemników. A wlasnie te jego rycerskie harce
przeciwko "samym swoim" mobilizowaly ich do zadawania mu ciosów.
Hersztem wrogów Herberta zostal A. Michnik.Michnik byl zawsze heroldem
wojujacej lewicy (komunistów zwal Prometeuszami), tej lewicy, o której
P. Johnson pisze: "Lewica zawsze jest zdolna do popelniania
niesprawiedliwosci, i zawsze gotowa jest tlumic prawde w imie wlasnej,
wyzszej racji". 

Tak wlasnie uczynil Michnik juz na samym progu III Rzeczy-pospolitej,
krzykiem broniac z trybuny sejmowej zlodziejskiego majatku PZPR (" - Co
ja tu slysze?! Nienawisc!") i gwaltownie sie przeciwstawiajac
jakiemukolwiek rozliczeniu zbrodniarzy komunistycznych, czyli torpedujac
sprawiedliwosc w jej najoczywistszym, elementarnym wymiarze. Te
abolicjonistyczna ideologie rozwinal pózniej do rangi zelaznej doktryny,
stajac sie gensekiem calego nadwislanskiego bloku antylustratorów i
antydekomunizatorów. 
Zjednalo mu to wielu sympatyków wsród "europejczyków" i esbeków (swego
czasu cytowano pewnego majora bezpieki, charakteryzowanego przez ofiary
jako szczególnie bestialski oprawca, który pial na temat Michnika: " -
Co za wspanialy, madry czlowiek!"). Równoczesnie jednak rosly szeregi
ludzi, których zdumiewala, konsternowala, wreszcie przerazala
zapieklosc, z jaka Michnik wybiela katów i broni ich przed wszelka
odpowiedzialnoscia, chocby tylko moralna.

Herbert zaczal kontestowac te michnikiade w tym samym 1990 roku, w
którym i ja wytoczylem pierwsze antymichnikowskie dziala. Ja na
stronicach "Lepszego" (gdzie m.in. proponowalem polskiemu spoleczenstwu,
by obralo sobie Michnika Ubu-królem); Herbert piszac list otwarty do S.
Baranczaka (gdzie atakowal bronionych przez Michnika "samych swoich",
grzmiac: "I to jest ich historyczna wina, której, co gorsza, nie
potrafia odpokutowac chocby skromnym przyznaniem sie. Przeciwnie,
zacieraja slady i chodza pomiedzy nami jako niewinne ofiary"). 

Kilka lat pózniej, gdy torpedujace sprawiedliwosc praktyki Michnika (juz
potentata medialnego) szerzyly coraz wieksze spustoszenie etyczne -
Herbert i ja coraz mniej przebieralismy w slowach. Opublikowalem wiele
tekstów pietnujacych dzialalnosc Michnika, prezentujac go jako
Mefistofelesa tumaniacego spoleczenstwo i zatruwajacego dusze narodu;
glównym wsród tych tekstów byl artykul o rutynowej klamliwosci "Gazety
Wyborczej", pt. "Ministerstwo prawdy" ("Tygodnik Solidarnosc"
20-V-1994). 

Pisalem m.in.:"Czuje do Michnika i jego stachanowszczyzny pogarde i
obrzydzenie. Cóz bowiem innego jak wstret mozna czuc do bylego
Tdysydentat, który kumpluje sie z Urbanem i Kiszczakiem, chla
bruderszaftowe wino z Jaruzelskim i Kwasniewskim, toczy rozpaczliwa
walke przeciw lustracji (a wiec przeciw deagenturyzacji
Rzeczypospolitej), oglupia i deprawuje Polaków apologia relatywizmu
moralnego, leseferyzmu, permisywizmu etc., przez cale lata trzyma nad
komuna ochronny parasol i staje sie heroldem-symbolem tej rózowej
koterii UD-ckiej, co doprowadzila Polske do stanu zawalowego pod
wzgledem etycznym?".

Herbert byl w trudniejszej sytuacji niz ja, gdyz swego czasu przyjaznil
sie z Michnikiem. Ale Herbert byl czlowiekiem, dla którego - jak to
mówiac o nim ujal J. Trznadel - "prawda byla wazniejsza niz wzgledy
towarzyskie". Herbert uznal (calkowicie slusznie), ze Michnik stajac po
stronie jawnego Zla zdradzil swoich przyjaciól ("Zawiódl niemal
wszystkich swoich przyjaciól!" - to slowa Herberta z roku 1994),
wykazujac owym przeniewierstwem karygodna nielojalnosc. 

W lipcu 1999 roku zona Herberta, udzielajac wywiadu miesiecznikowi
"Tysol" (dodatek "Tygodnika Solidarnosc"), przypomniala: "Zbyszek nie
uznawal nielojalnosci".Katalog surowych sadów Herberta o Michniku jest
bogaty; kilka cytatów: "Wierzylem w jego intelekt, a takze w zwykla
uczciwosc - zawiodlem sie"; "On stacza sie po równi pochylej"; "Cynizm i
najpospolitszy nihilizm"; "Jest on klasycznym przykladem kariery
komunistycznego Dyzmy" itd., itp. Inni dawni przyjaciele badz znajomi
Michnika (np. L. Dymarski) wyrazali sady podobne. L. Kaczynski rzekl:
"Niewielu ludzi ma taki udzial w szerzeniu nienawisci w zyciu publicznym
jak Adam Michnik". G. Herling-Grudzinski: "Michnik winien pójsc do
dobrego psychiatry". R. Ziemkiewicz: "Michnik to leninowski Tpozyteczny
idiotat, miotany jakimis zapieklymi kompleksami i urazami (...) To
pajac".

R. Lazarowicz stwierdzil przed paru laty, ze Michnik "ma szczególna
inklinacje do otaczania sie kanaliami". Fakt, ale Michnika otaczaja nie
tylko jego esbeccy i nomenklaturowi kumple, czy gromada jego pokornych
wyrobników (etatowych dziennikarzy "GW") - ma on równiez wielka horde
milosników wsród "inteligencji" (przesiaknietej lewicowoscia i falszywym
humanizmem typu "polityczna poprawnosc") i wsród trzeciorzednych "ludzi
pióra", mialkich pismaków, gotowych hagiografowac swego guru bezwstydnie
i bronic go zawziecie. A. de Saint-Exupéry pisal: "Jesli pozwolisz, by
robactwo sie rozmnozylo - rodza sie prawa robactwa. I rodza sie piewcy,
którzy beda je wyslawiac". 

Taki wlasnie mydlek schlastal dopiero co "prawem robactwa" moje (w duzej
czesci antymichnikowskie) "Stulecie klamców" na lamach "Nowej Res
Publiki" (periodyk M. Króla, Smolara, Jastruna-juniora i podobnych),
opluwajac te ksiazke jako produkt "antyliberala", "antykomunisty",
"ciemnogrodzianina", wroga "grubej kreski" itp., a wreszcie nieomal
przepraszajac "samych swoich", ze w ogóle pisze o Lysiaku, i konczac "w
nadziei, ze to juz ostatni tekst, jaki ukazal sie o twórczosci Waldemara
Lysiaka" (sic!). Przy tym wszystkim nie ukrywal, ze broni Michnika,
Malachowskiego i Mazowieckiego, krytykowanych przez Lysiaka. W drugiej
polowie lat 90. Herbert inkasowal podobne uszczypliwosci lub epitety od
takich samych lizusków ze sfory michnikowskiej, lecz zeby go doszczetnie
pognebic gazeta "Adasia" wytoczyla duzo ciezsze armaty przeciwko
"ksieciu poetów", sugerujac m.in. jego bezpieczniackosc i
niepoczytalnosc.

Widzac ogrom Zla zalewajacego "wyzwolona Rzeczpospolita" - ogrom hanby
usprawiedliwianej piórami kundli Michnika - i chcac walczyc przeciwko
temu, Herbert szukal medialnej platformy dla swej walki. Robil rózne
próby, by wreszcie podjac decyzje oczywista - wybral najprzyzwoitszy i
najodwazniejszy tygodnik antykomunistyczny: "Tygodnik Solidarnosc",
bedacy zarazem glównym medialnym adwersarzem Michnika. Od roku 1994
ukazywaly sie tam wywiady i teksty Herberta budzace wscieklosc "GW".
Kontruderzenia michnikowców tez byly ciezkie; za najwieksze uchodzi
"szlaban", jaki "sami swoi" postawili we wplywowych miedzynarodowych
kregach dla kandydatury Herberta do literackiej Nagrody Nobla,
podsuwajac "na zamiane" slabsza poetke, ale "swoja" (ta pani jest
faworyzowanym rymopisem "GW", obok Milosza) - jednak tego nie da sie
udowodnic, bo ten cios nie ma formy pisemnej jako dowodu. Dowiesc mozna
innych nieprawosci Michnika wymierzonych w "ksiecia poetów".

Szczególnie obrzydliwe chwyty antyHerbertowskie wyprodukowala "Gazeta
Wyborcza" po smierci geniusza, w roku 2000, gdy "salony" vel
"srodowiska" wiedzialy juz, ze film Zalewskiego da kazdemu moznosc
wysluchania sadu Herberta: " - Michnik jest manipulatorem. To jest
czlowiek zlej woli, klamca, oszust intelektualny". Wiosna roku 2000
(Zalewski konczyl wlasnie montaz filmu) "GW" publikuje rozmowe swoich
czolowych amazonek (A. Bikont i J. Szczesna) z Herlingiem-Grudzinskim, w
taki sposób zonglujac slowami, by Herbert zaczal sie jawic czytelnikom
jako ubecki kapus. W. Wencel nazwie to pózniej "manipulacja", która byla
"równoznaczna z sugestia wspólpracy poety ze sluzbami specjalnymi PRL".
Podobnie pietnowali wybryk "GW" inni sposród nielicznych uczciwych
dziennikarzy i publicystów. Sam Herling zdazyl (tuz przed swa smiercia)
zaprotestowac gwaltownie przeciwko wykorzystywaniu jego nazwiska do
takich brudnych trików. Dwie spryciule, które go wmanewrowaly w robienie
bezpieczniackiej "geby" Herbertowi - nazwal pogardliwie (i moze
aluzyjnie) "paniami sledczymi".

Sztuczka z "TW" Herbertem nie wyszla, siegnieto wiec do srodka
ostatecznego - do chorobliwej nieodpowiedzialnosci za slowo, czyli do
dewiacji starzejacego sie piernika. Juz przed paru laty "Gadula
Wyrodna", piórem jednego ze swych "strzelców wyborczowych", przezwala
Herberta Stevensonowskim wampirem Hyde’em, sugerujac tym patologicznosc
jego umyslu. Pózniej (po smierci Herberta) T. Jastrun tlumaczyl, ze w
latach 90. Herbert "dal sie uzyc" (sic!) jako "mlot na polskich
intelektualistów", czym "przekroczyl granice smaku", a wszystko to
wskutek "okresowych stanów depresji" (klarowna parabola wobec znanej
medykom "depresji maniakalnej"). Wszelako takie glosy mogly byc uznane
za zwykle ujadanie wrogów. Gdyby jednak potwierdzila te diagnoze sama
zona - mozna byloby Herberta lat 1990-1998 osadzic w wariatkowie
"elegancko". Siegnieto wiec do zony. I ta udzielila wrogom meza
rajcujacego ich wywiadu!

Sam fakt, ze pani H. podjela wspólprace z "GW", jest rzecza wstretna -
jest policzkiem wymierzonym zmarlemu mezowi przez wdowe - bo "ksiaze
poetów" zadeklarowal publicznie (w liscie do S. Remuszki juz A.D. 1992),
ze nigdy nie bedzie drukowal na lamach gazety Michnika. Druga
obrzydliwosc (jeszcze wieksza) to fakt, iz pani H. postponuje meza
dzieki lamom szmaty, która dopiero co "zlozyla na niezyjacego Herberta
nikczemny donos" (jak to trafnie ujal L. Dymarski). Wreszcie trzecia
hanba (glówna) to gledzenie pani Herbertowej, ze wskutek naglej slabosci
ciala i ducha Herbert gadal przeciwko "Adamowi" i jego komilitonom
"bardzo duzo zlych rzeczy", których wszakze nie myslal, ino tak mu sie
paplalo chrobowo pod wplywem zlych ludzi ("Stal sie bezbronny jak
dziecko. I rózni cwaniacy go za nos wodzili"), wiec trzeba te "bardzo
niesprawiedliwe sady Zbyszka o ludziach" co rychlej wykreslic z jego
zyciorysu. Caly ten wywiad sluzy wlasnie preparowaniu trupa -
przemalowywaniu Herberta zamalowywaniem czarna cenzorska farba jego
wieloletniego, bezkompromisowego i absolutnie niedwuznacznego
politycznego wyboru. Sam fakt urzadzenia przez "Gadule Wyrodna" tej
manipulacji to wzorcowa wrecz nikczemnosc l la Michnik. L. Kaczynski juz
pare lat temu zarzucil Michnikowi "wykorzystywanie skrajnie nikczemnych
metod". Michnik sie od tamtej pory nie zmienil - jest to podlosc
niereformowalna.

Wywiad przeprowadzil stary giermek Michnika, J. Zakowski, ten sam, co
niegdys przeprowadzil ze swym "capo" ksiazkowy wywiad-rzeke, podczas
którego "Adas" zapewnia czytelników: " - Chrystus mnie umilowal".
Rozmowa z pania H. tez wypelnilaby mala ksiazeczke - wywiad zajal szesc
bitych kolumn drobnego druku. Zakowski, swiadom niebezpieczenstw i
swiadom roli "zeznan" pani H., prowadzi te dluga rozmowe w sposób
(trzeba mu to przyznac) bezbledny. Przybiera poze i ton, które mozna
okreslic mianem "kreacja na przyjaciólke" - jest caly czas cieplym,
swojskim, wspólczujacym, wrecz tulacym sie troskliwie do rozmówczyni
zwierzeniobiorca, pelnym humanitarno-humanistycznych wahan i rozterek,
nucacym melodie wspólbrzmiaca, gotowym w kazdej chwili cofnac sie lub
poddac. Juz pierwszym pytaniem sygnalizuje swa rzekoma slabosc, co ma
osmielic pania H., vulgo "przelamac lody": " - Nie jestem pewien, czy w
ogóle powinnismy rozmawiac. Boje sie tej rozmowy". 
Spytany dlaczego sie boi, wyjasnia: " - Bo bardzo bym nie chcial sprawic
Pani przykrosci ani wydrukowac niczego, co sprawiloby przykrosc Pani
mezowi, którego podziwiam (...) Ale tylko Pani moze powiedziec, kim on
byl naprawde".

No wiec mówia sobie "kim on byl naprawde", ale nie tylko on - cala
trzecia strona wywiadu poswiecona zostala wybielaniu komunisty Milosza.
Milosz, w dobie stalinowsko-bierutowskiej dyplomata rezimu - w roku 1992
zapewnial: "Nie macie pojecia jaka fascynujaca przygoda intelektualna
byl komunizm". Innym razem ocenil tamten etap swego zycia per:
"Uprawialem prostytucje", wszelako ze swoja lewicowoscia niezbyt daleko
odszedl od "uprawiania", co Herberta gniewalo i pchalo do ataków na
kolege. 
Duet Zakowski-Herbertowa tak dlugo walkuje ów problem (problem wojny,
która Miloszowi wytoczyl Herbert zdegustowany "sama swoja" postawa
Milosza) - tyloma pokretnymi pytaniami i odpowiedziami - ze w koncu
czlowiek zaczyna myslec jak amerykanski republikanin: "Ile razy jeszcze
trzeba przeliczyc glosy, zeby wygral Al Gore?". Ile trzeba gadania, zeby
Milosz wyszedl z tej afery bez szwanku, a Herbert z "image’em"
maniaka-awanturnika czepiajacego sie bez sensu? 

Uzylem slowa "duet" nieprzypadkowo. Prowadzona umiejetnie pani H. robi z
meza blazna majacego rozdwojenie jazni - co innego gloszacego, a co
innego myslacego. Zreszta jesli nawet myslal cos zlego o "samych
swoich", to nie powinien byl mówic, tak sie nie robi, nie wypada, nie
uchodzi, "salony" tego nie lubia, a fe! Czytamy: "... nie wszystko sie
mówi, co czlowiek czasami pomysli czy poczuje". A "Zbyszek", majacy
tylko "czasami" takie glupie mysli, generalnie przeciez myslal cos
zupelnie innego, niz mówil. A plótl tak bez sensu, bo juz byl chory.
Czytamy: " - Nieraz zachowywal sie przeciez zupelnie inaczej, niz sam by
sobie zyczyl. To go rujnowalo". 

Gdy "obiektywizm" pani H. chwilowo slabnie - pan Z. szybko spieszy z
pomoca: " - Ale jednak on sam te wszystkie rzeczy, rózne straszne
rzeczy, powiedzial...". Gdy zas "poprawiajaca" meza pani H. zdaje sie
byc bliska zalamania, "wywiadowca" cofa sie jak slimak do swej skorupy
(" - Zawsze mozemy przerwac") lub odgrywa wspólbolejaca "przyjaciólke"
(" - Nie musi mi Pani wszystkiego tlumaczyc. Wiem, ze to jest trudna
rozmowa, dla Pani i dla mnie. I slucham z podziwem, jak Pani potrafi o
tym opowiadac"). Opowiadaja wiec sobie w tandemie o aberracjach "ksiecia
poetów".L. Dymarski, przeczytawszy ów sliski dialog, napisal: "Pani
Herbert, jak sadze, nie zdaje sobie sprawy, ze mówi o zmarlym Mistrzu
zle". Moje wrazenie jest zupelnie inne - rozmawiajaca z panem Z. pani H.
doskonale zdaje sobie sprawe jakie zamówienie realizuje, i robi to
swiadomie az nadto. Zgadzam sie natomiast z kolejnym (lekko kpiarskim)
zdaniem Dymarskiego: "Odnosi sie wrazenie, ze pani Katarzyna dzielnie,
milczaco, ale zle znosila Topcjet Herberta, i dopiero teraz, po smierci
poety, stara sie to naprawic". 

To samo przypuszcza W. Wencel: "Zona poety stara sie wiec wymazac
ostatnie osiem lat zycia Herberta ze wzgledu na wlasne kontakty
towarzyskie i bardzo widoczne w rozmowie sympatie polityczne". Teza jest
wiec taka: Herbert poslubil kobiete o zupelnie innych niz jego wlasne
sympatiach salonowo-politycznych, lecz ona dla dobra ich zwiazku tlumila
swoja "opcje", i dopiero wyzwolona zgonem poety mogla dac publiczne
ujscie tym swoim proudeckim, promichnikowskim sympatiom. Jest to zapewne
prawda, ale nie do konca, bo oslawiony dialog z "GW" stanowi ewidentnie
dorazna transakcje majaca podreperowac aktualny status "salonowy" pani
H. 
Kluczem byl tu glówny medialny wróg "Gazety Wyborczej" - "Tygodnik
Solidarnosc".Widzac w Michniku lidera, wiecej: symbol tej formacji,
która hanbi i deprawuje III Rzeczpospolita - Herbert, jak juz
wspomnialem, od roku 1994 zwiazal sie mocno z "Tysolem". Mocno, znaczy:
wlasciwie monopolistycznie, gdy idzie o walke
polityczno-etyczno-kulturowa. 

A z kim innym mial sie wiazac? Z "Najwyzszym Czasem", którego sternik,
J. Korwin-Mikke, wyraza wobec gen. Jaruzelskiego szacunek równy
"braterstwu" miedzy Michnikiem a "Jaruzelem"? (K. Herbertowa: "Zbyszek
Jaruzelskiego po prostu nienawidzil. Uwazal, ze jest to czlowiek, który
spodlil Polske. A TGazetat Jaruzelskiego bronila. To stworzylo przepasc
miedzy Adamem a Zbyszkiem zanim jeszcze ostatecznie wrócilismy do
Polski"). Lub moze mial sie wiazac z "Gazeta Polska", której szef, P.
Wierzbicki, dzis juz otwartym tekstem pieje hymny pochwalne pod adresem
Michnika jako "oryginalnego politycznego wizjonera"? (notabene
wiceszefowa "GP", niegdys publikujaca u Kwasniewskiego, dzis publikuje u
Michnika). 

Pragnac zachowac czyste sumienie - Herbert nie mógl wybrac innej gazety
jak "Tygodnik Solidarnosc". "Tysol" stal sie dla "ksiecia poetów"
platforma publicystycznej krucjaty. Czas odwetu przyszedl teraz, gdy
"Gadule Wyrodnej" udalo sie skaptowac wdowe Herbertowa.Prawie cala
ostatnia kolumna wywiadu pana Z. z pania H. poswiecona jest
rozstrzeliwaniu naczelnego redaktora "Tygodnika Solidarnosc", Andrzeja
Gelberga, i samego "Tysola"; cytuje fragmenty: " - Zbyszek powiedzial:
TNie mam gdzie drukowac, to bede tu drukowalt (...) I wtedy nagle
znalazl sie w srodowisku, z którym nigdy nic go nie laczylo (...)
Znalazl sie w swiecie, do którego przeciez nigdy nie nalezal. Juz nad
tym nie panowal (...) Stal sie bezbronny jak dziecko. I rózni cwaniacy
za nos go wodzili (...) Oni po prostu próbuja sobie Herberta
przywlaszczyc (...) A ja marze o jednym: zeby postac Zbyszka nareszcie
przestala byc uzywana do robienia taniej polityki przez ludzi, którzy w
ostatnich latach zycia zaczeli go oklejac". I tak dalej, i tym podobnie.
Muzyka dla uszu Michnika. Jest czyms szczególnie paskudnym wobec
czytelników - jest zwyczajnym robieniem durnia z czytelnika "GW" - gdy
pani H. w jednym miejscu nieopatrznie przyznaje, iz "Zbyszek" sam
zwrócil sie do "Tysola", bo "chcial walczyc z komunistami, których
nienawidzil", a troche dalej pani ta zapewnia goraco, ze srodowisko
antykomunistów bylo mu duchowo obce, bylo "swiatem, do którego nigdy nie
nalezal" i "z którym nigdy nic go nie laczylo", zas
antykomunisci-antymichnikowcy to "cwaniacy", co "za nos go wodzili" i
"przywlaszczali sobie" nieomal wbrew jego woli! 

Ten szokujacy przyjaciól Herberta slowotok, szpikowany krzywdzacymi
wtretami typu "Gelbergowi to bardzo dogadzalo" - ma wrecz upiorny
charakter, przeczy bowiem logice, rzeczywistosci, faktom, i gleboko
obraza Zbigniewa Herberta (antykomuniste ze stazem
kilkudziesiecioletnim, i antymichnikowca ze stazem ponad
dziesiecioletnim!). Bedac profanacja jego pamieci - jest profanacja
swiezych jeszcze zwlok "ksiecia poetów".
Sformulowanie "upiorny charakter" to ciezkie sformulowanie, winienem je
tedy godziwie (bardziej szczególowo) uzasadnic. Pani H., udzielajac "GW"
wywiadu (wywiadu w sumie antymezowskiego), nicuje prawde nie tylko
wielokrotnie, ale i dubeltowo - tym, co mówi, i tym, czego nie mówi, co
wstydliwie pomija. Mówi, ze Herbert zostal przez
antykomunistów-antymichnikowców wlasciwie zgwalcowny ("oklejony",
"przywlaszczony" etc.), bo byl juz "bezbronny jak dziecko". Przeczy to
drodze zyciowej Zbigniewa Herberta, przeczy jego wieloletniej walce
piórem, przeczy jego czystej duszy, przeczy jego swiadomym wyborom -
brzmi równie nonsensownie jak brzmialoby twierdzenie, ze modernisci sila
lub podstepem zmusili Picassa do opozycji wobec realizmu iluzyjnego. 
J. Trznadel: "Cala ta, wyrazona przez zone poety, rewizja pogladu
Herberta jest wedlug mnie nie tylko nieprawdziwa, ale i szczególnie
maloduszna". Nadto pani H. sugeruje bezwlasnowolnosc mentalna
(chorobowa) poety w ostatnich latach zycia, co - gdybysmy w to uwierzyli
- zmuszaloby do przypuszczen, ze jego wspaniale rymy i eseje z tych lat
pisaly za niego jakies krasnoludki lub inni "murzyni".

Ciekawe jest równiez to, co pani H. przed panem Z. ukryla. Poniewaz
zgodnie z oczekiwaniem pietnowala ile wlezie naczelnego redaktora
"Tysola" i cale srodowisko "Tygodnika Solidarnosc" jako "cwaniaków",
którzy poete "za nos wodzili" - niezrecznie jej bylo wspominac, ze na
pogrzebie Herberta redaktor Gelberg (antykomunista od zawsze i
antymichnikowiec od dziesieciu lat) byl bodajze jedynym czlowiekiem,
któremu padla w ramiona, by wyszlochac swój ból. Wczesniej, gdy znany
antybolszewik, prezydent Kwasniewski, wyrazil chec (tuz po zgonie
"mistrza") udekorowania antykomunisty Herberta - zapytana o zgode
malzonka zwrócila sie z prosba o rade do Andrzeja Gelberga i rady tej
(nie przyjmowac!) usluchala (pewnie byla wtedy takze "bezbronna jak
dziecko"). Równie niezreczne byloby wspominanie jak bardzo byla
wniebowzieta, gdy pierwsza rocznice smierci "ksiecia poetów" "Tysol"
uczcil wspanialym koncertem na jego czesc (rymy Herberta spiewali
Niemen, Szczepanik i Gintrowski) - odtwarzano wówczas z tasmy
magnetofonowej glos poety, a pani H. wyrazala swa serdeczna wdziecznosc
ludziom, którzy wedlug jej nowej (dzisiejszej) wersji rzeczywistosci
robili "tania polityke" kosztem Herberta. A juz najbardziej niezreczne
byloby ujawnianie "przyjaciólce" (gazecie Michnika), ze w maju 1999 roku
pani H. sama poprosila "Tygodnik Solidarnosc", by przeprowadzil z nia
wywiad (wywiad pt. "Mój Zbyszek", bardzo obszerny, kilkukolumnowy,
ukazal sie na lamach "Tysola" dwuodcinkowo - w czerwcu i lipcu 99). Tak
ja "opletli" ci niegodziwi "cwaniacy"! Dzieki Bogu, dzieki "Adasiowi",
którego "Chrystus umilowal", i dzieki panu redaktorowi Zakowskiemu,
którego "Adas" namascil - oprzytomniala.

Dzisiejsza radykalna zmiana frontu przez wdowe po Herbercie jest
demonstracja pragmatyzmu. Pani H. zauwazyla, ze antykomunisci i
antymichnikowcy sa nad Wisla w odwrocie, ze to nie "Tysol", lecz "Gazeta
Wyborcza" modeluje opinie publiczna i daje przepustki do salonów, zlobów
i laurów - cóz wiec mogla zrobic? Wykonala spektakularna wolte (tym
latwiejsza, gdy zgodna z wewnetrzna "opcja" pierwotna), gwizdzac na to,
ze maz sie w grobie przewraca. Gwizdal na to równiez red. Zakowski,
wbrew swym zapewnieniom, iz nie chcialby "wydrukowac niczego, co
sprawiloby przykrosc Pani mezowi, którego podziwiam". Wydrukowal stek
"insynuacji" o Herbercie, czyniac z geniusza marionetke
ubezwlasnowalniana przez chorobe i przez wrogów bossa pana Z. Ciekawy
hold dla czlowieka, którego sie podziwia.

"Sami swoi" - przy calej ich potedze medialnej (opiniotwórczej), dzieki
której zawladneli Polska - maja jednak bolesny klopot: nie zdolali
skompletowac stuprocentowo swej sfory, brakuje im paru "wielkich
nazwisk". Rzecz charakterystyczna - wszystkie "wielkie nazwiska"
wyslugujace sie im lub sprzyjajace im to "umoczency" - umoczeni w
stalinizm, marksizm i lewactwo. Milosz i Konwicki pracowali dla
czerwonego rezimu, Mrozek wzywal do "czujnosci pisarza (...) na
podstawie marksistowskiego swiatopogladu", Kapuscinski wyrazal jedno
zyczenie: "Chcialbym calym soba, jako czlonek Partii, sluzyc
niesmiertelnej idei Stalina", Szymborska plula na religie, reklamujac
Lenina jako "Adama nowego czlowieczenstwa", a Lem plul na zachodni
system "rzadzenia terrorem", tlumaczac, iz "calkowicie odmiennie jest w
spoleczenstwie budujacym socjalizm" itd., itp. Natomiast "wielkie
nazwiska" nie umoczone - pozostawaly oporne wobec "salonu"
monopolizowanego przez "samych swoich". Dochodzilo tu zreszta do
bulwersujacych "qui pro quo", chocby wtedy, gdy L. Tyrmand ujawnil swoje
antysalonowe poglady ("zoologiczny antykomunizm"), suchej nitki nie
zostawiajac na "elicie". Taki sam numer wycial im S. Kisielewski
("Kisiel"), uwazany przez "samych swoich" za swojaka - rzetelnym
"Dziennikiem" skopal "salon" bez litosci i bez respektu, wywolujac
chóralny skowyt "elity kulturalnej". Równiez Herberta "salon" uwazal za
swojego, a tu "Zbyszek" zaczal sie im wymykac w latach 80., by w 90.
rznac ich juz po faryzejskich mordach gola piescia. Herling-Grudzinski
takze pokazal im zgiety lokiec, nie szczedzac slów bardzo krytycznych,
czasami wrecz obelzywych. To bolalo, gdyz bylo kleska prestizowa tout
court. O mnie nie ma co mówic - zawsze toczylem wojne przeciwko tej
bandzie szumowin intelektualnych i politycznych lotrów, a klopot ze mna
wciaz polega na tym, ze wszystkie edycje moich ksiazek bija rekordy
sprzedazy, zas ta najbardziej antymichnikowska - "Stulecie klamców" - ma
juz wprost astronomiczny naklad (od prawie roku nie schodzi z list
bestsellerów). Prolem - co z tym zrobic?

Jedyna metoda kontrowania zywego - oczerniac. Jedyna sensowna metoda
przeciwko zmarlemu - neutralizowac procesem reinterpretacji jego
pogladów. Zabieg wydawaloby sie niewykonalny, lecz przy pomocy zony taka
akrobacja jest do pomyslenia. I do zagrania. Co wlasnie uczyniono z
Herbertem na lamach "GW". C. Michalski: "Herberta nie sposób zniszczyc,
wiec sie go dosyc agresywnie reinterpretuje". Fakt - niszczyc (obmowa,
klamstwem, blotem rzucanym przez renegatów) mozna takich ludzi jak
sedzia S. Nizienski, jeden z najszlachetniejszych i najdzielniejszych
rodaków (ów "sprawiedliwy w Sodomie" procedurami prawnymi eliminuje
esbeckie szczury, deratyzujac kraj). 

Ze zmarlym poeta takie chwyty nie sa mozliwe, lecz mozna spróbowac -
wbrew faktom - wytworzyc falszywa mitologie, wchlaniajac go do szeregu
swojej formacji "post mortem". Historia zna wiele przypadków
"zapisywania trupa do partii". Czy szykowana (jak slyszalem) piórami
"pan sledczych" Michnika (Bikont i Szczesnej) ksiazka o Herbercie bedzie
kolejnym etapem megamanipulacji? Przestrzegam: "korniki" (vide motto),
nie kontynuujcie tego procederu, bo dzieki ludziom takim jak ja i dzieki
wspólczesnej technice (tasma magnetofonu) Herbert bedzie wam wciaz zza
grobu powtarzal swój definitywny sad o waszym idolu rodem z piekla: " -
Michnik jest manipulatorem. To jest czlowiek zlej woli, klamca, oszust
intelektualny".

WALDEMAR LYSIAK