historiagdanskiej.htm

Jak to było z „Kurierem Gdańskiej"?

W pierwszym numerze-prospekcie formatu A4, dwukrotnie złożonego, który nazywał się „MY-WIR”, jako że od początku miało być w dwóch językach, pisałam jak doszło do utworzenia „Gdańskiej”. „Najpierw był „Slawe”, sklep z polskimi artykułami”, chociaż prawie na pewno na początku były Czesława i moje problemy emigracyjne i marzenia, bo one pomagały nam żyć. Ale niech już tak zostanie, że najpierw był sklep. „W sklepie stały trzy stoliki i koszyk na książki, które można było po prostu brać ze sobą do domu. Przy tych trzech stolikach odbywały się rozmowy i dyskusje jeszcze długo po jego zamknięciu. Do sklepu przychodzili ludzie, o których moglibyśmy powiedzieć, że wyszli z ukrycia, którzy chcieli mówić po polsku, słuchać polskiej muzyki, spotykać się. Także wielu Niemców zaglądało do sklepu, na początku nieco nieufnie, ale z biegiem czasu coraz częściej. Otwierali się i opowiadali o babci, która gotowała smaczny barszcz, albo o dziadku, który mówił „gib motek Kind”, albo „keine piniondze”. Niektórzy z nich zostali przyjaciółmi”*.

„Kącik w sklepie stał się za ciasny, aby pomieścić to całe międzynarodowe towarzystwo, a poza tym stawialiśmy sobie poważniejsze cele. Ale już przy tych trzech stolikach powstawały plany o wernisażach i recitalach, festynach, spartakiadach i gazecie”*. Czesław miał odwagę marzyć. Wielu patrzyło na niego z niedowierzaniem, niektórzy myśleli: „wariat”. Mówił do mnie: „ty musisz o tym wszystkim pisać, Marysiu!". Wyławiał interesujących ludzi, którzy krążyli wśród regałów. W ten sposób już przed laty wpadła mu w oko, może w serce Asia Stöhr, o której też wiedział, że będzie pisać.

Na restaurację znalazł się niewielki lokal w samym sercu Oberhausen, w pięknej starej, trochę „gdańskiej” kamienicy. Czesław nie miał żadnych wątpliwości, że ta restauracja będzie nazywała się po polsku, a nawet po polsku pisała. I tak 1 Kwietnia 2000 uroczyście otwieraliśmy „Gdańską”. Gdańszczanie pili piwo za darmo, Jerzy Jeszke śpiewał ze swoją córką Martą, a w ogóle to chciało się płakać ze szczęścia. Byliśmy bardzo szczęśliwi, nie tylko Czesław i ja, także nasi ówcześni wspólnicy Ewa i Janusz Nowiccy i cała grupa ludzi, którzy nie tylko pomagali, ale i utożsamiali się z „Gdańską”. Mówili „nasza Gdańska”. Asia Stöhr napisała po swojej pierwszej pracy w „Gdańskiej” opowiadanie „Wspomnienia jednej kelnerki”. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jaka to ciężka praca. W ogóle nie mieliśmy bladego pojęcia o gastronomii, o prowadzeniu knajpy, restauracji. W natłoku obowiązków, codziennym kołowrotku spraw małych, gubili nam się przyjaciele, odchodzili sympatyzujący klienci, przychodzili nowi goście, nawiązywały się nowe znajomości. Tylko nasze marzenia i Czesława cele nie tylko że nie bladły, ale wręcz nabierały blasku, stawały się coraz wyższe. Był jazz, dużo jazzu, ale standardowy, blues, swing, coraz to nowe obrazy na ścianach, coraz to bardziej oryginalne wernisaże. Jaka szkoda, żeby w zamęcie codzienności, uległy zapomnieniu.

1 stycznia 2001 ukazał się pierwszy numer naszego prospektu „MY-WIR”. Pierwszym komercjalnym celem pisma było publikowanie programu kulturalnego, który organizowaliśmy już systematycznie w każdy czwartek, takie „obiado-kolacyjki (króla) Czesia”. Do tego numeru napisał dla nas Gustav Wentz, dziennikarz z NRZ z Oberhausen, sympatyczny artykuł pt. „Szczęśliwy przypadek Gdańska”, ukazał się artykuł Asi i mój, a wszystkie w dwóch językach. Same byłyśmy zadziwione, ile wcale rozsądnych treści zmieści się na jednej kartce papieru. Za trzy miesiące wydaliśmy drugi podobny numer „MY-WIR”. Oba były przyzwoicie graficznie opracowane i wydrukowane na błyszczącym papierze. Mimo, że nękały nas problemy finansowe, chcieliśmy już dzielić skórę na niedźwiedziu, co się oczywiście nie mogło udać, a grupa zainteresowanych podziałem łupów była niemała.

W wyniku tego „podziału” rozpadła się pierwsza redakcja i zostałam sama z całym kramem. Jasne, że miałam Czesława i jego niewyczerpane pomysły, a więc następny numer zrobiłam sama. Był reportaż, wywiad, wiersze, artykuł o papieżu, zagadki. Całość mieściła się na 8 stronach A4. Gazetę w ilości około 1500 egzemplarzy kopiowaliśmy na kopiarce w piwnicy w „Slawe”, a więc uzasadniona była opinia, że wydajemy bibułę. Był to trzeci letni numer „MY-WIR” i Czesław z upodobaniem bawił się w gazeciarza w ogródku piwnym przed „Gdańską”. Przeważnie miał kłopoty z rytmicznym wykrzykiwaniem „MY-WIR”. Wtedy denerwował się i pewnego razu wyślizgnęło mu się „Kurrrr..........”, co uratował wspaniałym okrzykiem „Kurrrrier Gdańskiej” i tak już zostało. Czwarty numer „MY-WIR” a pierwszy „Kuriera Gdańskiej” otrzymał do dzisiaj aktualny graficznie tytuł, miał jeszcze 8 stron, był kopiowany. Jakoś tak wyszło, że przed 11 września odbyła się msza polowa polskich lotników w kościele w Kleve i apel poległych. A komentarz o nich pisałam już po 11 września. Wywiad z polskimi oficerami, opis mszy dopełniła burza uczuć po ataku w Nowym Jorku. Następny numer z „Historią Roberta”, reportażem z występu Namysłowskiego, zawsze obecną poezją wydaliśmy w styczniu. Przez cały ten czas towarzyszyła i towarzyszy mi Małgosia Zowner, nauczycielka języka polskiego w Moers i Voerde. Do nowego numeru pisze znowu Johana Stöhr.

Wokół gazety powstają pomysły imprez, pracujemy na rzecz popularyzacji nauczania języka polskiego. Pierwszego czerwca rynek w Oberhausen jest pełen Brzechwy i piosenek dla mamy, oczywiście po polsku. W zaprzyjaźnionej z nami galerii KIR robimy czytania poezji i promocje polskich poetów. Najnowsza idea, która ma szansę stać się rzeczywistością to plany wydania antologii wierszy i tekstów autorów piszących dla Kuriera.

Patrzymy w przyszłość, zastanawiamy się nad przeszłością i oczywiście stoimy teraz i tu mocno na ziemi. Mam nadzieję, że ta twarda rzeczywistość i nasza polska mentalność życzliwego psa ogrodnika nie odbiorą nam nigdy radości tworzenia i zapomnienia się w pisaniu.

Trzy ostatnie numery zostały wydrukowane na dobrym papierze, okładka jest kolorowa, ostatni numer miał 16 stron. Kurier wydawany jest regularnie, co trzy miesiące. Do stałych jego autorów i twórców należą także: Karl Heinz Bendorf (poeta z Oberhausen) i Walter Kurowski - muzyk, który w oryginalny sposób opracowuje stronę tytułową. Obecny nakład Kuriera wynosi już 2.500 egzemplarzy i stal się rozchwytywany przez stałych uczestników imprez w Gdańskiej i nie tylko. Kolportowany jest w środowisku zarówno polsko jak i niemieckojęzycznym w Oberhausen i w okolicy. W krótkim czasie wokół gazety i restauracji zrodziło się środowisko literacko – artystyczne, które oprócz zadań twórczych postanowiło zbliżyć do siebie artystycznie zarówno polskich jak i niemieckich bywalców Gdańskiej.

* z artykułu „Skąd wzięła się Gdańska” My – Wir nr 1

Maria Golębiewska

*** **

Nie chcę i nie umiem                                    Zasnąłem i śnię,

        mówić o śmierci.                                          nie budźcie mnie.

        Ale mogę o śmierci                                       Śnił mi się dom

        pomilczeć.                                                    piękny jak z bajki:

        Któregoś dnia                                               mąż, żona i dzieci

        to nawet cały poemat                                     przy wspólnej kolacji.

        o śmierci wymilczę:                                       Niby normalny dom-

        długi, śmiertelny,                                           dla mnie jak z bajki.

        zimny i ciemny.

        Poemat o śmierci.

        Niedługi

        a Wieczny.

 

Bogdan Glinka, urodzony na Mazurach koło Mrągowa, połowę swojego życia spędził nad mazurskimi jeziorami. W 1990 roku przyjechał „ostatnim pociągiem” do Niemiec i żyje tu już 12 lat. Wiersze pisze wtedy, gdy mu smutno w duszy gra. Na początku wyrzucał je do kosza, no bo „po co to komu?”. Potem zaczął chować je do szuflady, bo już wiedział, że po deszczu zawsze przychodzi słońce i nawet w promieniach słonecznych wcale nie są takie złe. A poza tym może uzbiera się mały tomik. Bogdan pisze o śmierci, ponieważ dużo o niej myśli i chce ją zrozumieć. Pisze o miłości, częściej o tej nieszczęśliwej, rzadziej o tej, która daje nadzieję.

 

Antyk ***

W moim nieważnym życiu                            Czasem otwieram okno

tragedie i dramaty                                         staję na palcach,

są na miarę                                                   naginam niebo jak jabłoń   

nic w nich z antycznej dostojności                 i nurzam dłonie w szklanych kulkach

nic z absolutu gwiazd.

radzić sobie muszę                                         A czasem niebo

z nimi sama                                                     osiada na barkach

i tylko we mnie                                                 ołowianym płaszczem

rozgrywa się sztuka na cztery akty                     i nie pozwala zapomnieć

ze śmiercią w finale.                                          o wylanym mleku,

                                                                        złym słowie,

                                                                        przeżytym czasie.

Irena Zejmo – Pisze wiersze. Pisze wiersze już bardzo długo. Ma ich bardzo dużo, są bardzo różne. Przez wiele lat pisała do szuflady. I gdyby nie odwaga córki, która powiedziała „Mamo, to jest dobre”, nigdy nie mielibyśmy okazji się z nimi zapoznać. Irena odważyła się pokazać kilka z nich Marii Golębiewskiej. Reszta przyszła sama. W grudniu 2002 roku wydawnictwo „Adequat” z Krakowa wydało jej tom wierszy pt. „Anatomia uczuć". Zawarte w nim wiersze powstawały na przestrzeni 15 lat w formie pamiętnika obrazującego stan uczuć i przeżyć. Irena Zejmo ukończyła filologię polską w Opolu. Obecnie mieszka w Krefeld, gdzie uczy języka polskiego.