listyzbijska.htm

 

Jeśli by ktoś mi kiedyś powiedział, że pierwsze moje probostwo będzie na Syberii, to bym pewnie pomyślał – za jakie grzechy. A teraz myślę – za co ta nagroda.

To prawda, że wyjeżdżając z Polski trzeba było się wiele wyrzec. Ale ile też się zyskuje odkrywając inny świat dusz ludzkich, do którego małymi krokami powraca Odwieczny.

I chociaż to już pięć lat – to wciąż to tylko początek.

Trochę historii raz jeszcze.

Bijsk jak na Syberyjskie warunki jest starym miastem. Za datę jego powstania przyjmuje się 17 czerwca 1709 roku, kiedy to dekretem cara Piotra I został założony kamień węgielny pod budowę niewielkiego gródka w zlewie dwóch ałtajskich rzek Biji i Katuni. Mimo ciągłych ataków ze strony miejscowych telengickich plemion, pożarów, powodzi – był ciągle odbudowywany i coraz solidniej fortyfikowany. Wynikało to z bliskości granicy, którą kolonizujące wciąż nowe tereny carstwo rosyjskie starało się zabezpieczyć.

Nieliczne archiwa, jakie pozostały z tego okresu, mówią, że w 1840 roku był zesłany do Bijska z wileńskiej guberni katolicki kapłan ks. Antoni Szyszko. On to otworzył w mieście pierwszą prywatna szkołę, która ciesząc się dużą popularnością stała się przyczyną zazdrości prawosławnego duchowieństwa. I po trzech latach swojej działalności została zamknięta. Ks. Szyszko miał wyjechać z Bijska w 1855 roku. Po nim byli zsyłani jeszcze tutaj ks. Konstantyn Stefanowicz (w Bijsku od 1865-68), który nie otrzymawszy pozwolenia na powrót do Polski, pozostał na Syberii do swojej śmierci w 1891; ks. Jan Witkowski SJ (nieznana data zesłania – do 1867?), ks. Józef Lewkowicz (Lawkowicz? od 1867-68) , ks. Ambroży Kosarżewski (1865-67?) i znany tylko z imienia ks. Franc (przebywał od 1865 r.). W 1905 roku 29 rodzin katolickich podpisało się pod petycja budowy kaplicy katolickiej z środków własnych. I chociaż nie ma żadnych archiwalnych danych dotyczących jej istnienia świadkowie mówią, że pamiętają świątynię z dzieciństwa. Jedno jest pewne, że kaplica została zamknięta, gdyż w miejscowych gazetach w latach dwudziestych drukowano informacje, kiedy przyjedzie kapłan katolicki i gdzie odbędzie się „służba”.

Jeden z moich sąsiadów przypomina sobie z dzieciństwa zdarzenie, kiedy to jego ojciec zabrał go pod kaplicę pokazując nieopodal leżące groby swoich krewnych. Według niego w 1937 roku została ona zburzona a cmentarz zrównany z ziemią.

Pracownicy bijskiego muzeum twierdzą jednak co innego. Według nich jeden z przebudowanych budynków, który stoi do dziś na terenie starego miasta miał być kiedyś kościołem katolickim. Sądząc z kształtu – można by skłonić się do tego

pogladu . Trudno jednak uwierzyć, że niewielka diaspora katolicka mogła by sobie pozwolić na taką dużą świątynie.

Można też tylko przypuszczać, że mianowany proboszczem w Barnaule ks. Antoni Żukowski przyjeżdżał do miasta z posługą duszpasterską i to o nim wspominają ogłoszenia w miejscowej gazecie „Ałtaj”.

W czasie drugiej wojny światowej do Bijska trafiły transporty zesłańców przede wszystkim z Wileńszczyzny i Ukrainy (w samym Ałtaju archiwum NKWD wymienia 16,5 tys osób). Nie wspomina się jednak w tym okresie o jakimkolwiek księdzu tutaj pracującym. Dopiero w 1993 roku zaczął przyjeżdżać ksiądz

Andrzej Graczyk a po nim ks. Roman Cały. Parafia została zarejestrowana w 1997 roku przez władze państwowe a rok później erygowna kanonicznie wraz z ustanowieniem nowego proboszcza podpisanego niżej.

I tutaj zaczyna się opowieści część druga.

W Polsce dane mi było pracować siedem lat. Naprawdę bardzo pięknych i radosnych. Nie bez kozery dodaję, że „tłustych”, bo istotnie pewne kształty o tym mówią. W Rosji miało być siedem chudych – chociaż procesu chudnięcia się raczej nie zauważa... Najpierw trafiłem do Barnaułu, gdzie była trudna i specyficzna sytuacja. Kościół do dzisiejszego dnia pozostaje w rękach państwowych spełniając funkcje apteki. A całe duszpasterstwo odbywało się w niewielkim, trzy pokojowym mieszkaniu czteropiętrowca. Najdalsze punkty przez nas obsługiwane były odległe prawie 400 km. I właśnie dlatego po 1,5 roku pracy w Barnaule biskup Jozeph Werth SJ postawił mi zadanie utworzenia nowej parafii z centrum w Bijsku.

Jedna z organizacji niemieckich podarowała fundusze na kupno mieszkania – które po finansowym krachu Rosji w 1998 roku starczyły na kupno domu z przylegającym terytorium. Po długich poszukiwaniach ostatecznie udało się wybrać dość duży dom (tu trzeba wspomnieć pomoc miejscowej polskiej diaspory), który by spełniał warunki dla utworzenia wewnątrz kaplicy i równocześnie plebani. Pierwszą Mszę św. odprawiłem 23 kwietnia, w wspomnienie św. Wojciecha – misjonarza Prus. Podczas niej najmłodszy parafianin, uniesiony przez swego dziadka, powiesił na ścianie katolicki krzyż. Od tego czasu Eucharystyczne „Pan z wami” rozlega się od ołtarza.

Rozpoczął się też długi remont, bowiem prawie 50-letni budynek wymagał tak naprawdę kapitalnej przebudowy. Wcześniejszy właściciel choć miał wodę w domu – za kanalizację uważał 4 opony zakopane tuż przy ścianie budynku. Szwankowało centralne ogrzewanie, sieć elektryczna była podłączona tak, że w każdym momencie groziło pożarem, wychodek był na ulicy, stara blacha na dachu prosiła się o wymianę. Tak samo posklejane taśmą bezbarwną popękane szyby. Już w trakcie remontu znalazło się wiele więcej takich niespodzianek, które trzeba było naprawić. Jeśli wspomni się jeszcze, że w mieście, które choć liczy 260 000, nie można było kupić wymaganych materiałów (za pręty zbrojeniowe posłużyło ostatecznie różne żelastwo z złomu, belki metalowe zastąpiły szyny kolejowe „z fabryki im Josifa Stalina”, itp.) to można sobie wyobrazić, co się kryje za „pojęciem remont w Rosji”. Do tego jakość pracy robotników, którym „kleiły się” do rąk polskie śrubokręty, młotki, toporki... W toalecie kafelkarz nie położył – ale przykleił płytki (pisać o efekcie?). Inny równając ściany nałożył siedem cm tynku; na 22 kraty okienne ani jedna nie była zrobiona na rozmiar; wykonane na zamówienie przez stolarzy okna trzeba było wstawić po ... wybiciu jednego rzędu cegieł. Drzwi przyszlo skracac od 1,5 do 3 cm...

I tak minęły trzy lata, w których z duszpasterza życie zrobiło mnie „kombinatorem” i przymusiło do wyrobienia kwalifikacji betoniarza, murarza, tynkarza, malarza, stolarza, szklarza – a przynajmniej ich pomocnika. Jeśli uznać fakt podłączania gniazdek i lamp – elektryka, a instalowania kranów – to jeszcze ślusarza. ( I pomyśleć, że w Oleśnicy w klasie wielo-zawodowej uczyłem ja religii, a nie odwrotnie.)

Nadzorowanie wszystkich prac i konieczność w nich uczestniczenia nie pozwoliła mi na szerszą działalność duszpasterska. Na częstsze szukanie potomków dawnych katolików i próbę ich zintegrowania – co powinno stanowić pierwszorzędne zadanie. I dlatego mówię, że to chociaż już pięć lat w Rosji, to wciąż to tylko początek.

Za to jest już schludna, niewielka kaplica z dobrze uposażoną zakrystią (tu niski ukłon przyjacielskiej pomocy ks. Ryszarda Słowiaka i Różom Różańcowym z Bożego Ciała i św. Doroty we Wrocławiu), trzy pokoje mieszkalne, salka katechetyczna, kuchnia, jadalnia i od czerwca przestronne poddasze, gdzie dzieci i młodzież będą spędzały swoje wakacje (w tym roku ok. 200 osób, połowa z Polski!!!). Warto też wspomnieć, że zmienił się też wygląd posesji i dla wielu moich sąsiadów jest wizytówka europejskości ( wiem, wiem, skromnością nie grzeszę ...).

Mimo remontu parafia też żyła swoim rytmem świąt, spotkań, katechez (od 2000 r. na misji pracuje świecka katechetka Anna Czerwonka, a od marca br. siostra z RPA Clair Waide), sakramentalnej inicjacji. Ze wzruszeniem wspominam słowa jednego z parafian, który kiedyś wyznał, że, „w naszym kościele czuję się lepiej niż w własnym domu”. I także słowa młodego Tatara, który po roku „przyglądania się” poprosił o chrzest, bo czuje, „że jego serce powinno przynależeć Bogu".

 

W czasie wyjazdów do wiosek, gdzie szukamy katolików, jak relikwię biorę do rąk stare, nie rzadko XIX wieczne książeczki do nabożeństwa, z wytartymi od częstego czytania rogami, którą przynoszą ludzie pokazać, że ich wiara nie umarła. A ile za te pięć lat było tajemnych wzruszeń, spowiedzi po dziesiątkach lat, Eucharystii po raz pierwszy od pół wieku.

W lipcu nowo-sybirski biskup po-święcił naszą kaplicę i plebanię. Zakończył się pewien etap prac parafii, chociaż sporo jeszcze trzeba zrobić i wokół samej plebani.

Kapliczka Matce Bożej by się zdała, a i letnia kuchnia dla gości. Bania już dogorywa. Zdaw-ałoby się - tylko trzyletnia Niva - już się zaczęła rozsypywać i coraz nie-pewniejszy jest dojazd i powrót z wiosek. Bieda w kraju otwiera nowe obrazy upokorzenia a nasz „Caritas" ma taki niewielki portfel, który mimo to otwierał się dla pogorzelców, wielodzietnych matek, chorych dzieci, dla rodziny, której ukradziono jedyną krowę...

Od ubiegłego roku nasza parafia nosi imię św. Jana Chrzciciela. I tak jak nasz patron napominał słowami Izajasza– „przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego” (Łk 3,4)– w takim duchu chcemy pracować tutaj. Przygotowywać drogi dla Pana. Dla wkroczenia jego łaski. Jego uzdrawiającej miłości.

Aby jedno ziarno posiane przez nas mogło być kiedyś radością Jego spichlerzy.

Ks. Andrzej Obuchowski

Ps. Z życia

Swego czasu nie przyjęto Ance trzy razy pod rząd dokumentów na „kartę stałego pobytu” w Rosji. Za każdym razem znajdowano jakieś tam błędy. Trzeba był interweniować. Ubrałem się w podarowany mundur policyjny, na głowę założyłem beret harcerski z lilijką. Pod pachą wisiała saszetka z dokumentami napominająca nieco kaburę. Głośno stąpając po betonowym korytarzu przeszedłem obok długiej kolejki petentów. Tłum nawet nie protestował (średnio Anka zawsze czekała ok. 4 godzin). Po wejściu do gabinetu szarmancko zagadnąłem, dlaczego takie problemy.

Pani major jakby nieco stopniała w swoim krześle. Potem z wyszukanym uśmiechem powiedziała:

- Wy dzisiaj tak oficjalnie... Zaraz poprawimy dokumenty. I zaczęła kreślić w podaniach poprawki.

Po trzech minutach przyjęto wszystkie formularze.

rachunk ROR : Andrzej Obuchowski Bank Zachodni SA II/O Wrocław nr konta -11201665-483265-170-4

Konto dewizowe dla $ - BZ SA I/O Jel. Góra – 11201069-648299-17879-155-68300 – z dopiskiem -„darowizna Altaj".

 

 

Wracając z urlopu z Polski pod koniec października z dużym niepokojem czekałem na rosyjską kontrolę graniczną.. Sześć przypadków wydalenia katolickich księży z Rosji – w tym pięciu Polaków - niczym miecz Demoklesa zawisło nad nami. I chociaż w Bijsku mogę mówić o dobrych relacjach tak z milicją, jak i z administracją miasta, to jednak ogólno-rosyjska atmosfera antykatolicka mogła wytypować kolejną ofiarę.

Pogranicznik przyglądnął się uważnie mojej rosyjskiej wizie i zapytał: - A co to tam Polak szuka na Syberii?

- Zakochałem się w takiej jednej i chciałbym tam wrócić – odpowiedziałem niedbale próbując zatuszować wibrujący niepokojem głos .

- Noooooo –zaciągnął żołnierz uderzając paszportem o dłoń, równocześnie patrząc na mniez przymrużeniem - zobaczymy, czy można wam pozwolić na to.

Minęły bardzo długie trzy kwadranse, które próbowałem zapełnić południową modlitwą brewiarza, czytaniem gazety i rozmową z moim współtowarzyszem podróży. Wszystko jednak było kamuflowaniem strachu, który przybijał straszna kartą, z napisem: „A co, jak nie pozwolą?”

W końcu zjawił się i dalej uderzając paszportem o dłoń rzucił ni to ironicznie, ni to od niechcenia – Na ten raz jeszcze wam pozwalamy wrócić do swojej miłości.

Odetchnąłem z ulgą.

(Dla niewtajemniczonych – „parafia" jest rodzaju żeńskiego.)

 

Ale wracając do Bijska czekała mnie jeszcze jedna próba. Na milicji, gdzie zawsze muszę oddawać wizę wjazdową do Rosji a w zamian otrzymuję „dokument stałego pobytu” (rodzaj polskiego dowodu osobistego dla obcokrajowców) - nie znaleziono go. Gdzieś się zawieruszył i kazano mi przyjść za tydzień. Po tygodniu milicjantka przeszukała wszystkie teczki, książki meldunkowe, książki ubiegających się o wyjazd – i wzruszyła ramionami. – Nie znaju, gdzie on. Prijditie za dwie niedielki.

Od tego dnia bardzo wiele myśli kłębiło się w mojej głowie. Możliwe, że służba bezpieczeństwa zatrzymała u siebie, ktoś z „góry” podpowiedział ideę zgubienia albo prawosławni bracia przyczynili się do wyeliminowania konkurencji. Powiadomiłem o tym biskupa i cierpliwie czekałem.

W wyznaczonym czasie stawiłem się w biurze paszportowym. Tym razem urzędniczek było więcej i dokładniej przeszukano cały gabinet. Kilkakrotnie dzwoniono do „naczelniczki” z prośbą o konsultacje, co mogło się stać z moim dokumentem. Udając spokojnego rozważałem wszystkie warianty tego przypadku. Nie mając „wida na żytielstwo” znajdowałem się nielegalnie na terenie

 

 

Rosji już od trzech tygodni. I przy byle jakiej kontroli milicyjnej nie posiadając go, mógłbym zostać deportowany. Tak więc napięcie rosło. W końcu otworzono jakąś przypadkową księgę, gdzie spokojnie sobie leżał mój dokument jako ... zakładka.

- A, przepraszam was – powiedziała z rozbrajającą szczerością pani major – ja wtedy coś wypisywałam i nie miałam nic innego pod ręką, więc założyłam waszym dokumentem. Bardzo proszę, oto on.

Ot, i tak prosto. Prawda?

Jeśli zatrzymać się przy temacie antykatolickości w Rosji, to trzeba z przykrością stwierdzić, że trwa on dalej. Na początku grudnia urzędnicy moskiewscy przygotowali dla parlamentu dokument o organizacjach ekstremistycznych w Rosji. Na pierwszym miejscu wymienia się tam Kościół Katolicki. Na ostatnim są tam wymienieni ekstremiści islamscy (czeczyńscy). Nie trzeba tłumaczyć, że to ma ogromny wpływ na samopoczucie naszych parafian jak również rzutuje na naszą opinię. Wielu z nich na nowo zaczęło się ukrywać z swoim katolicyzmem. Wszak okres prześladowań to jakby dzień wczorajszy. I chociaż moi parafianie dzwonią rankiem w niedziele, że mróz wielki, że ktoś się z nich przeziębił i nie może przyjść, to wiem, że jest jeszcze inna przyczyna ich absencji. I trudno się dziwić tym, którzy dziesiątkami lat żyli w nieustannym strachu prześladowań i szykan. Lata terroru zrobiły swoje.

Zaraz po powrocie z urlopu odwiedziłem jednego Polaka w Bijsku. Wcześniej prosił mnie, abym w Polsce znalazł jego braci i siostrę. Przez dwanaście lat nie korespondowali ze sobą. Znalazłem nowe adresy, napisałem listy podając polski telefon. Prosili, abym choremu pomógł i przekazał informacje, jak mogą pomóc. Przyszedłem do niego, aby opowiedzieć o tym. W czasie mojej nieobecności stan jego bardzo się pogorszył. Tylko czasami reagował przytomnie opadając

 

potem w ciężki sen. Umówiłem się na kolejne spotkanie za trzy dni. Ale już następnego ranka zadzwoniła żona, że stan jeszcze bardziej się pogorszył. Zabrałem ze sobą oleje święte i poszedłem do nich. Chory był już nieprzytomny. Warunkowo go ochrzciłem, udzieliłem namaszczenia i rozgrzeszyłem na „godzinę śmierci” (odpust zupełny). Kilka godzin później zadzwoniła żona z informacją, że skonał.

Kiedy to opowiadałem jednemu z moich starszych parafian użalając się trochę, że tak mało osób przychodzi mimo wszystko na niedzielne nabożeństwa, on odpowiedział: - Myśli ojciec o tłumach, a może jesteście tutaj po to, aby ratować takich nielicznych, jak ten, któremu Miłosierdzie Boże pozwoliło ujść z życia z przyjętymi sakramentami.

 

Sam powrót do parafii tym razem był podszyty już innymi uczuciami. Nie wracał człowiek z przeświadczeniem, że trzeba pilnie zalepić dziury w dachu przed jesiennymi deszczami, albo przepchać kanalizację, czy też pilnie zakupić materiały budowlane. Teraz wracało się do domu, który czekał na swojego gospodarza. I można było od razu pogrążyć się w cieple jego ścian.

Wyremontowana kaplica i plebania stwarza też komfort pracy. Teraz wyjeżdżając na wioski nie jedzie się pod presją, że coś nie będzie skontrolowane i zrobione byle jak. Wracając z punktów misyjnych wraca się do domu. A to widzę bardzo ważne.

Od jesieni na misji w Bijsku pracujemy już w dwójkę z siostrą Klarą (dla przypomnienia rodowita Afrykanka, chociaż biała). Ania musiała nas opuścić z powodów rodzinnych i chyba już nie wróci. Szkoda, bo ludzie się przyzwyczaili i katecheza zaczęła przynosić płody. A teraz na nowo trzeba budować to, co się już osiągnęło. Siostra Klara nie włada jeszcze rosyjskim. Stad uczy się języka a sama wykłada angielski w naszej szkółce niedzielnej. Szybko jednak robi postępy. I tylko jeśli trzeba coś dokładnie wytłumaczyć używamy niemieckiego. Przyszło i mi zrobić repetycję z języka obcego.

Dla siostry największą niespodzianką był wielki śnieg (nie taki już wielki tak naprawdę, raptem około metra). Widziała go drugi raz w życiu. A kiedy ulepiłem bałwanka – kazała się sfotografować i wysłała do swoich sióstr w RPA z dokładną informacją, co to jest i jak się go robi. Afrykańskie siostry spytały, czy to wszystko na dworze, czy może w jakiejś chłodni... Podpowiedziałem, żeby napisała markę lodówki – „Syberia-lux”.

 

 

Dla siostry też zupełnie czymś nowym była choinka, sianko pod obrusem na wigilię (omal mnie posądziła o jakiś szamańskie obrzędy), jak w końcu sama wieczerza wigilijna z przełamaniem opłatka. Na tą okazję w dobrej intencji zakupiła przedniego mięsa na gulasz i dzban czerwonego wina. A kiedy jej powiedziałem o postnych potrawach i abstynencji wigilijnej – patrzyła z wielkim niedowierzaniem. Trafiła kosa na polski kamień.

Sama jednak wieczerza bardzo jej się podobała, jak również i to, że zgromadziliśmy niemal wszystkich parafian. Przed samą pasterką młodzież pokazała spektakl kukiełkowy. Tak naprawdę był to „teatr cieni”, gdzie dekoracje wykonała z młodzieżą nasza siostra. I muszę przyznać, że były imponujące i zaproponowałem, aby spektakl pokazać także w innych parafiach naszego dekanatu.

Z Polakami mieszkającymi w Bijsku spotkaliśmy się 27 grudnia już w wynajętej sali. Bo przyszły tłumnie dzieci i byśmy się w naszej salce nie pomieścili. A tam były jasełka (po polsku), konkurs na najlepsze danie świą-teczne (wygrały zrazy), recytacja polskich wierszy (były też i rosyjskie), paczki dla dzieci (i mnie się dostało!) i dużo, dużo innych ciekawostek. Ja tam też byłem, miód i wino piłem. Na koniec w pląsy niewiasty porwałem i przednio się wyhasałem.

Potem jedna z nowych osób, pierwszy raz uczestnicząca w spotkaniu polonijnym, powiedziała parafiance: - No, wasz batiuszka to taki kozak.. Muszę przyjść na wasze nabożeństwa.

 

Chciałbym ten list zakończyć podziękowaniem dla tych wszystkich, którzy przez ostatnie pięć lat towarzyszyli mi w pracy misyjnej duchowo i pomagali materialnie. Dzięki Wam mogę kroczyć po syberyjskiej ziemi i siać ziarna ewangelii.

Na nadchodzący Nowy Rok życzę błogosławionych dni

pełnych zaufania do Tego, który dzierży nasze losy w swoich rękach..

 

rachunk ROR : Andrzej Obuchowski Bank Zachodni SA II/O Wrocław nr konta - 89 1090 2402 0000 0006 1004 5379

Konto dewizowe dla $ - BZ SA I/O Jel. Góra – 11201069-648299-17879-155-68300 – z dopiskiem -„darowizna Altaj".