Von: William Markiewicz [vagabond@idirect.com]
Gesendet: Samstag, 7. Dezember 2002 08:47
An: kostecki@via.de
Betreff: prosba o informacje
Kennzeichnung: Zur Nachverfolgung
Kennzeichnungsstatus: Gekennzeichnet
Szanowny Panie:
Czy moze mi Pan doradzic gdzie moge przeslac ponizszy list poza Kanada.
Jak Pan sie przekona z ponizszego krotkiego tekstu tutejsze polonijne 
pisma kazde z wlasnych powodow, mojego listu nie zamiesci, a sprawa warta 
jest przekazu.
Z gory dziekuje za porade.
W. Markiewicz
Vagabond Pages
http://www.vagabondpages.com
LIST OTWARTY DO PREZESA KONGRESU POLONII KANADYJSKIEJ P. GRZEGORZA SOBOCKIEGO
Szanowny Panie Prezesie:
Na milym i owocnym spotkaniu z Polonia ktory odbyl sie w Klubie dyskusyjnym 
"Centrum" 28-go listopada, ktos z publicznosci zadal pytanie: "Czy bedzie 
Pan tolerowal ingerencje konsulatu w sprawy polonijne?" Odpowiedzial Pan ze 
nic Panu o podobnych ingerencjach nie wiadomo. Przeoczylem okazje by dac 
przyklad ingerencji z wlasnego doswiadczenia:
Ubieglego miesiaca w konsulacie pan konsul wreczyl mi brazowy medal za 
zaslugi dla Polonii w dziedzinie kultury. Zastrzegl sie ze to nie od niego 
tylko od Polonii. Blizej niesprecyzowane zaslugi od blizej niesprecyzowanej 
Polonii gdyz zadna organizacja nie zostala wymieniona. Bylem zdziwiony i 
ubawiony i nie wzialem sobie tej sprawy zbytnio do serca. W sumie przyjalem 
to jako pamiatkowy medalik z okazji przyjemnego towarzyskiego 
przedpoludniowego spotkania w konsulacie.
Niedlugo pozniej odbyla sie w konsulacie uroczystosc wreczenia pani 
Jolancie Cabaj, obecnej wlascicielce, krzyza kawalerskiego z okazji 
30-lecia "Kuriera" ktory zalozylem 30 lat temu i prowadzilem do 1986 r. Az 
do ostatnich dni bralem aktywny udzial w zyciu pisma jako kolumnista. Na 
uroczystosc mnie nie zaproszono, ani nawet nie powiadomiono. I wtedy 
ujrzalem moje poprzednie "udekorowanie" jako przyslowiona "kosc na 
pocieche," lub jako kpine jako ze "murzyn zrobil swoje..."
Jak powstal "Kurier?" Ponizej garsc wspomnien ktore napisalem rok temu:
OD WIDOWISKA DO SKOJARZEN
Wilek Markiewicz
Widowisko teatralno -- muzyczne o ksiedzu-filozofie Jozefie Tischlerze, 
"Apostol z Podhala," bylo trudnym tematem, wykonanym z triumfem. Pozostanie 
ono dla widzow niezapomnianym duchowym i estertycznym przezyciem. Sekwencje 
sie przesuwaly z dostojenstwem godnym sredniowiecznych misteriow, 
przeplatajac sie z malownicza goralszczyzna pelna folkloru, humoru i 
patosu. Tylko mistrz kompozycji mogl osiagnac takie polaczenie.
Nie pamietam ktory z polskich poetow wyrazil sie ze goralska mowa jest 
unikalnym w polszczyznie wyrazem eposu i przetlumaczyl na goralski werset z 
Homera. Pamietam tylko dwie linijki:
"Jeszcze ze mna ostana wielgie wojowniki
I Ojciec wielgi w niebie -- ty se zmykaj z pola!"
Jakie to goralskie i homeryckie jednoczesnie...
Mialem wuja z Podhala, nie pamietam czy z Nowego Targu czy Nowego Sacza, 
ktory mi nieco przyswoil goralszczyzne. To bylo dawno i do nazw i nazwisk 
nie mam pamieci.
Przybylem na widowisko z osobistymi uczuciami, bowiem choc nie znalem prof. 
ks. Tischlera dowiedzialem sie z miarodajnych zrodel ze ks. Tischler znal 
Kuriera i zwrocil uwage miedzy innymi na moje aforyzmy. Oczywiscie ze 
poczulem sie uhonorowany i wzruszony, bo wiedzialem o jego zlym stanie 
zdrowia. Dalsze aforyzmy zamieszczalem z mysla o nim, z nadzieja ze znow do 
niego dotra. To duchowe zetkniecie poprzez widowisko skojarzylo mi 
wspomnienia o tych ktorzy w ten czy inny sposob przyczynili sie Kuriera:
Przybylem do Toronto w r.70-tym i pracowalem przez pewien czas jako 
pomocnik pielegniarski (orderly) w szpitalu sw. Jozefa. Jeden z pacjentow 
na moim pietrze byl polski ksiadz, zdaje sie ze byl to ks. Kowalski. Jeden 
kolega -- Polak ktory pracowal ze mna, powiedzial mi ze ksiadz ten jest 
wysoka figura w hierarhii koscielnej. Rozmawialem z ksiedzem na rozne 
tematy, przy jakiejs okazji zacytowalem mu swoja aktualna fraszke:
"Co to bedzie z tego Gierka?
Czy to ogier, czy to gierka?"
Spodobalo mu sie, przyjemnie nylo rozweselic kogos w szpitalu i myslalem 
sobie: "jaka szkoda ze nie mam kontaktu z polska prasa ktorej bym mogl ta 
fraszke zaproponowac." Juz nosilem sie wtedy z mysla o polskiej gazecie, 
lecz w tym okresie wspolpracowalem z gazetami hiszpanskimi, miedzy innymi z 
"Correo Hispano-Americano" ktory mnie zainspirowal do nazwy "Kurier Polsko 
- Kanadyjski" i z gazeta w jezyku francuskim "Courrier Sud." Nastepnie, w 
"Toronto Sun," prowadzilem kolumne etniczna i niedlugo pozniej zalozylem 
"Kuriera." Przed tym ktos mi doradzil, moze sam ks.Kowalski(?) zebym sie 
skomunikowal z jednym ksiedzem w polskim kosciele na Dovercourt. Poszedlem 
tam i napotkalem mlodego polskiego ksiedza, ktory mnie zawiadomil ze 
ksiedza ktorego szukam nie ma, moze wyjechal, nie pamietam szczegolow. Gdy 
mu powiedzialem ze mam zamiar wydac polska gazete, doslownie swiatlo 
ukazalo sie w jego w oczach i rzekl: "czy wie pan ze ma pan piekna idee?" 
Widzialem go tylko raz i przelotnie, nie wiem jak sie nazywa i gdzie 
obecnie przebywa. O ile jest w Toronto i przypadkowo przeczyta te slowa, 
niech wie ze nigdy go nie zapomnialem, te slowa i to swiatlo w oczach 
zawsze mi dodawalo otuchy w ciezkich chwilach.
Gdy "Kurier" byl juz na polkach sklepowych, doszli inni przyjaciele. Moze 
pierwszym z kolei byl mec. Aleksandrowicz, ktorego poznalem niestety tylko 
przez telefon. Wyrazil sie z wielkim uznaniem o Kurierze, z glosu odnioslem 
wrazenie ze to bardzo dystyngowany pan. Nie zdazylismy sie zapoznac gdyz 
niedlugo pozniej zmarl.
Poznalem p.Olbryskiego, stryja aktora Daniela Olbryskiego, ktory sie bardzo 
zblizyl z "Kurierem." Ostatni kontakt mialem z nim listowny i tragiczny; 
zawiadomil mnie o lekarskim werdykcie co do swego beznadziejnego stanu.
Zyczyl mi by Kurier rosl gdy jego juz nie bedzie. Wilgotno mi w oczach gdy 
to pisze.
Major Gebski przylozyl sie ofiarna administracyjna praca do Kuriera, 
Stanislaw Kruk, Stanislaw(?) Reagan, przylaczyli sie z pomoca finansowa, 
Wojciech Krajewski byl szczerym przyjacielem, jak i ksiadz z parafii sw. 
Stanislawa, ktorego juz nie ma. Nie pamietam nazwiska, tylko pamietam 
szczerozlote serce. Pamietam przelotne spotkanie, w polonijnym klubie na 
Beverley, z ksiedzem ktory przyjechal z Polski z wizyta. Z honorow jakie mu 
czynili kombatanci wywnioskowalem ze to wazna figura. Dowiedzialem sie 
szczegolow, ktorych nie pamietam. Zatelefonowal mi w nastepnych dniach z 
podzieka "za uczte duchowa" jaka mu sprawil Kurier.
Poznalem niezapomnianego ks. Szelendziasza. Przepraszam tych, ktorych nie 
wymieniaem, moze ktos sie sam przypomni. Oni mi dodali moralnej otuchy i w 
wielkiej mierze dzieki nim "Kurier" trwa.