rpsbudapest.htm

http://www.polonia.org/rada.htm

Program Budapeszt 17-20.09.1998 r.

Rada Polonii Swiata

Polacy są chyba jednym z najbardziej rozsypanych narodów po świecie i nie bez kozery mówi się o nich, iż są wszędzie. Wszędzie gdzie się pojawili i gdzie się nadal pojawiają, organizowali się i nadal się organizują w grupki i w grupy lokalne, regionalne, krajowe, kontynentalne i wreszcie światowe, tworzą pewnego rodzaju hierarchiczną strukturę dla zachowania i rozwijania tożsamości etnicznej, kulturowej i językowej, a bywało i nadal bywa, że i politycznej. Ta struktura hierarchiczna nie ma naturalnie na celu sięgania po jakąkolwiek władzę nad Polonią. Przeciwnie, ma tej Polonii całego świata przez wyłącznie służyć radą i pomocą. Niełatwe to zadanie i kiedy się spojrzy na Polonię Swiata przez pryzmat Polonii kontynentalnych, krajowych i lokalnych, to ma się uczucie pobytu w dżungli, przez którą trzeba się w pocie czoła boleśnie przebijać. Jedyny uśmiech, jaki obleka czasami oblicze, to radość z faktu, że najliczniejszą grupą działaczy Polonii w Niemczech, w Europie i na świecie stanowią lekarze. Kojarzy mi się to nieodparcie z ilością posłów i senatorów w parlamencie polskim z dyplomem lekarskim w kieszeni. I tu, i tam jest nas najwięcej, ale sukcesy trzeba niestety ogłądać przez mikroskop.

Rada Polonii Swiata zbiera się raz na dwa lata i obraduje, słucha głosów, usiłuje naprawić to, co naprawić można, wybiera władze, poprawia statuty po czym rozjeżdża się do domów, do ciężkiej i niedostrzegalnej pracy. Tym razem zebraliśmy się w Budapeszcie.

Zaczęło się wszystko bardzo miło, z pompą, patosem i, co najważniejsze, swojsko. Treści przemówień nacechowane były przyjaźnią obu narodów, ich wspólną historią i z regóły kończyły się znanym zawołaniem „Węgier Polak dwa bratanki i do szabli i do szklanki”.

A przemawiali ze strony polskiej Marszałek Senatu Alicja Grześkowiak i poseł Andrzej Zakrzewski, a ze strony węgierskiej ich odpowiednicy. Jak zwykle ujmująco i ciepło wystąpił prof. Andrzej Stelmachowski. Wszystko zakończyło się przemiłym występem grupy taneczno-wokalnej z Rzeszowszczyzny, obfitym bankietem, który został opróżniony w rekordowym czasie i dojazdem gości do hotelu w Kecskemecie oddalonym od Budapesztu o około 90 km. Byli zapewne tacy, jak naprzykład my, którzy nie odczuli tego wieczornego nokautu tak mocno, jak nasi rodacy, którzy dotarli do Węgier po tysiącach kilometrów podróży z Kanady, Ameryki Północnej i Południowej, z Kazachtanu, Kirgizji, Abchazji. Wszyscy mieli w perspektywie trzy dni intensywnych obrad plenarnych, w odpowiednich komisjach i różnych innych gremiach z wyborem przewodniczącego Polonii Swiata włącznie.

Już u samego wejścia do gmachu obrad zetknęłliśmy się z zupełnie nieoczekiwaną sympatią i niezwykłym zainteresowaniem problematyką miejscowości narodowej w odniesieniu do polskiej grupy etnicznej w Niemczech ze strony naszych kolegów ze Szwajcarii, Szwecji i innych krajów Europy. Byliśmy mile zdziwieni. Zdawało nam się dotąd, że tylko my sami boleśnie odczuwamy odebranie polskiej grupie etnicznej w Niemczech praw mniejszości narodowej przy pomocy patetycznych słów traktatu polsko-niemieckiego z dnia 17.06.1991 roku, w którym polską mniejszość narodową zepchnięto do grupy osobowej. Tymczasem nasi polonijni sąsiedzi odczuli to wtedy i odczuwają nadal podobnie do nas, jak policzek wymierzony narodowi polskiemu.

Musicie walczyć o prawa mniejszości narodowej dla Polaków w Niemczech - słyszeliśmy ze wszystkich niemal stron.

Wzięliśmy więc te sprawę na kieł i komisja obradująca w sprawach mniejszości narodowych zredagowała postulat renegocjacji traktatu między Rzeczpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17.06.1991 roku, w którym pozbawiono polską grupę etniczną w Niemczech praw mniejszości narodowej.

Wszystkie wnioski spisano na „bawolej skórze" i oddano je ponownie wybranemu w międzyczasie przewodniczącemu RPS Markowi Malickiemu, adwokatowi z Kanady.

Trzeba sobie w tym miejscu powiedzieć, że M. Malicki był nie tylko jedynym kandydatem na to stanowisko, ale także jednym z nielicznych mówców, który potrafił wszystko powiedzieć w najkrótszym czasie i dał tym samym niejako dowód, że nie należy do tych, o których mawiał George Bernard Shaw – „człowiek, który mówi 10 minut o tym, co mógłby powiedzieć w ciągu 5 minut, zdolny jest do wszelkiej nikczemności”.

Trudno nie wspomnieć na zakończenie o wzruszeniach, które towarzyszyły temu spotkaniu Rady Polonii Swiata. Nasi rodacy ze Wschodu, szczególnie zaś nasze rodaczki z Abchazji, matka lekarka i jej córka, opowiadały o swoim losie podobnym do losu bezdomnego psa z taką godnością, że oczy wilgotniały mimo woli i nie wiadomo, czy dlatego, że na tym zapomnianym przez Boga pustkowiu można żyć w ogóle, czy dlatego, można tam żyć z godnością i pociechą, że i na tamtej pustyni jest się Polakiem.

 

Zbyszek Szczepanski