silaslowa.htm

Siła słowa  (17.03.2002)

 

Niniejszym wycofuję wcześniejsze pochwały udzielone polskiej poczcie, o której publicznie mówiłem, że już "nie kradnie, a tylko donosi". Widać po pierwszym zachłyśnięciu się likwidacją cenzury i skierowaniu do innych zadań pracowników zajętych dotąd prześwietlaniem listów i szperaniem w zawartości paczek, urząd ten wrócił do starego tempa: 180 kilometrów przez morze list do Szwecji pokonuje w 14 dni. Butelką nie byłoby wolniej. Poza tym reaktywowano zaniechaną okresowo tradycję kradzieży. Ostatnio na przykład z kieszeni spodni przesyłanych dziecku znajomych wyjęto banknot mający stanowić niespodziankę.

Za starych, gierkowskich jeszcze czasów, układ z pocztą mieliśmy uczciwszy i zdrowszy: Do paczek wkładało się na wierzch kopertę z kilkoma dolarami z informacją: DLA PANA LISTONOSZA.

Zdaje się, że trzeba będzie wrócić do wypróbowanych obyczajów i w przesyłce ze spodniami z wkładką pisać: "Uwaga, w kieszeni są pieniądze. Prezent dla listonosza w załączonej kopercie."

Taka bezpośrednia informacja do zainteresowanego działa obezwładniająco, wymuszając uczciwość na najtwardszym.

Przed laty, po pierwszym włamaniu do pierwszego auta i nieudanej próbie wydłubania z deski rozdzielczej radia, za tylną szybą zostawiałem był duży napis: "Szanowny Panie Złodzieju. Radio jest popsute, nic innego w aucie nie ma. Sorry. Pozdrawiam." Działało bez zarzutu.

Z podobną złodziejską szczerością spotkał się niedawno mój syn. Historia autentyczna! Zbliżając się do swojego zaparkowanego auta, zauważył, że drzwi są otwarte, a w środku ktoś majstruje przy jego radiu.

- Hej! Co pan tu robi?! - krzyknął zdziwiony.

- To pańskie auto?

- Moje.

- Oj, przepraszam.

Złodziej obrócił się na pięcie i odszedł. Podczas kiedy syn zajęty był inspekcją ewentualnych zadrapań i uszkodzeń, których na szczęście nie było, amator łatwych zysków wrócił i z rozbrajającą szczerością zapytał:

- Przepraszam, ale zostawiłem w pańskim aucie swój najlepszy śrubokręt. Nie mógłby mi pan go oddać?

Syn, Polak z krwi i kości, Szwed z urodzenia i obyczajów, postąpił tak, jak tutaj wypada: Śrubokręt zwrócił, uśmiechnął się, a niedoszłego posiadacza jego radia uspokoił: "Okej, okej, w porządku, nic się nie stało".

Innym razem mnie przydarzyła się okazja do zrobienia wielkich oczu.

Organizowałem objazd grupy reprezentantów pewnej polskiej fabryki po tutejszych zakładach, z którymi mieli nawiązać współpracę. Zamawiałem właśnie hotele. W jednym z nich, niewielkim schronisku, recepcja czynna była do dziesiątej wieczorem. A my przewidywaliśmy przyjazd najwcześniej o jedenastej.

- Nie ma problemu, zostawię wam klucze do pokoi pod wycieraczką - usłyszałem propozycję recepcjonistki.

- A rano? Wyjeżdżamy już o szóstej. Będzie ktoś w hotelu o tej porze?

- Nie. Zaczynamy pracę o ósmej.

- To jak zapłacimy?

- Połóżcie pieniądze na biurku przy drzwiach. Przygotowany rachunek będzie leżał w kopercie.

Rozczulony do łez okazanym zaufaniem zatelefonowałem do syna, żeby podzielić się niezwykłą historią.

Najpierw nie zrozumiał, o co mi chodzi. Opowiedziałem dokładniej. Też nie zrozumiał. Wtedy ja przestałem rozumieć, czego on nie rozumie, poprosiłem o wyjaśnienie, ale nadal nie mogliśmy się dogadać. Wreszcie zirytowany nieco zapytał prosto z mostu:

- O co ci w końcu chodzi?! Chciałbyś żeby specjalnie dla was przychodziła o szóstej?!

Życzyłbym sobie dożyć czasów, kiedy i w naszym kraju okazywanie wzajemnego zaufania będzie tak naturalne, iż nikomu nie przyjdzie do głowy podobnej relacji traktować jako coś niezwykłego.

 

Mówi się, że trzeba samemu być uczciwym, aby oczekiwać uczciwości od innych.

W czasach kiedy jako domokrążca sprzedawałem odkurzacze marki Elektrolux, raz po raz występował problem zaliczki. Odkurzacze były na raty, ale od klienta trzeba było wyegzekwować 400 koron zadatku. Dwadzieścia lat temu było to sporo grosza. Zwłaszcza dla niegospodarnych, którzy kupowali odkurzacze od domokrążców zamiast wielokrotnie taniej w sklepie. Te 400 koron musieliśmy wykładać z własnej kieszeni. Mieliśmy wypracowane różne sposoby, łącznie z przyjmowaniem zastawów. Mnie najprostszym wydawało się okazywanie zaufania. Spoglądałem pani Johanson głęboko w oczy, trajkotałem wyuczoną formułkę o dostrzeżonej w nich uczciwości, po czym ustalałem termin zapłaty i, poza minimalnym marginesem statystycznego błędu, w zasadzie nie ponosiłem strat. A pani Johanson nie zawsze była kurą domową przebywającego akurat w pracy pana Johanssona, lecz, bywało, posiadającym za całe wyposażenie mieszkania krzesło i materac alkoholikiem, który prawdopodobnie ów "kupiony" na raty odkurzacz natychmiast po moim wyjściu zamieniał u miejscowego pasera na paliwo. Oczywiście Elektrolux w takim przypadku swoich pieniędzy nigdy nie oglądał, ale ja zadatek otrzymywałem. Wobec faktu, że Szwedzi od czasów Dickensa zrezygnowali z umieszczania ociągających się z płaceniem długów w kozie, mojemu klientowi, prócz infamii, nie groziło praktycznie nic, zaś właściciel firmy, członek najbogatszej szwedzkiej rodziny, Markus Wallenberg, najprawdopodobniej nigdy się o tym nie dowiadywał, więc cierpiących nie było, a zadowolonych dwóch.

Ot jak można sprowokować do uczciwości nawet zdemoralizowanego alkoholem właściciela krzesła i materaca. Wystarczy spojrzeć mu w oczy i powiedzieć: "Widzę, panie Andresson, że z pana porządny człowiek. Nie będziemy pisać żadnych kwitów, po prostu panu ufam."

Niestety nie da się spojrzeć w oczy wszystkim celnikom i listonoszom. Zostaje korespondencja. I nadzieja, że słowo pisane podziała z siłą mówionego.