Sprawy zasadnicze

 

Mój niezaprzeczalnie najmądrzejszy w sprawach teorii życia przyjaciel, szef Ośrodka Badań Kosmicznych na Sadybie, na pytanie dotyczące sposobu rozwiązania pewnego problemu przez nie wykazujący chwilowo przesadnej roztropności komputer powiedział: "Pomyśl, jak sam uporałbyś się z tym zadaniem, a tak prawdopodobnie będzie". I rzeczywiście było.

Nie ma nic ryzykowniejszego, niż generalizowanie spraw, zwłaszcza wniosków. Cóż jednak my, skromni duchem i ubodzy wiedzą, skazani na mierzenie własną miarą mamy począć, kiedy życie stawia nas w sytuacji przymusu dokonania oceny kogoś innego. "Nie mierzcie, a nie będziecie mierzeni", chciałoby się użyć banalnej parafrazy, lecz nie zawsze da się przejść przez życie bez konieczności dokonania jednego czy drugiego pomiaru.

Potrzeba nadarzyć się może wszędzie i niespodziewanie. Nagle ktoś ważny, istotny, wywierający szczególny wpływ na następne pięć minut naszej egzystencji, zachowuje się dziwnie, niezrozumiale, z pozoru nieracjonalnie. Stajemy wobec problemu nie do rozwiązania. "Jak można było tak uczynić? Tak się zachować? To wziąć, tamto ukraść, jeszcze inne sprzeniewierzyć?!" I wtedy pomocna staje się rada mojego niezaprzeczalnie najmądrzejszego w sprawach teorii życia przyjaciela: "Postaw siebie w jego sytuacji i pomyśl, co sam być uczynił".

Jak wiadomo, wszyscy jesteśmy z jednej gliny - niektórzy twierdzą wręcz, że dosłownie - i zachowania, chcąc nie chcąc, również mamy do siebie podobne. Naturalnie odmienne nieco w zależności od przydzielonej nam przez naturę funkcji w społeczeństwie podobnych sobie mrówek, lecz w sprawach zasadniczych zbytnio się od siebie oraz innych zwierzątek nie różnimy. Sprawy zasadnicze zaś to papu, dach nad głową i możliwość rozmnażania się. Prawdopodobnie nawet w takim właśnie porządku, choć w młodości bywa różnie.

Przykłady? Proszę:

Ot, powiedzmy, znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie jedzonka nie starcza dla wszystkich. Poza opisywanymi w literaturze ze względu na wyjątkowość wyjątkami, zaczyna w nas zwykle dominować instynkt obserwowany między innymi u mew, próbujących z zapałem wydrzeć sobie z dzioba upolowaną rybę.

Kiedy zaś w jaskini, wystarczająco obszernej dla początkowej grupy, wyż demograficzny stwarza męczące przeludnienie, zachowujemy się zwykle podobnie do innych stworzątek przeganiających nadwyżkę z jamy, nory czy innego schronienia przed zimnem, deszczem lub ewentualnym wrogiem.

O konkurencji w sprawach związanych z rozmnażaniem się nie warto wspominać, gdyż jest to element naszego bytu absorbujący kronikarzy najintensywniej, udokumentowany rozlegle zwłaszcza w twórczości poetyckiej, szczególnie przeznaczonej do śpiewu.

Nietrudno dostrzec, że to, do czego dążę, jest przekonanie Państwa o własnym przekonaniu, iż w sprawach zasadniczych różnimy się od wszelkiego innego stworzenia niewiele, z czego wniosek, że i reagujemy dość do siebie podobnie.

Wyobraźmy sobie teraz, że pewnego dnia budzimy się nie tym, kim jesteśmy, ale zupełnie kim innym. Na przykład szewcem z naprzeciwka. Zaraz po otwarciu interesu przychodzi do nas klient z dwoma lewymi butami, twierdząc, że to my w wyniku błędnej oceny jego stóp dopuściliśmy się partactwa. Podczas gdy czarno na białym potrafimy udowodnić, iż tak nie jest. Mimo to intrygant domaga się odszkodowania, zadośćuczynienia, przeprosin. Skłonny jestem przypuszczać, że jedynie niewielu z nas zdobyłoby się na cierpliwość i wdało w argumentację z oszustem próbującym narazić nas na straty. Większość poprosiłaby asertywnie intruza o opuszczenie lokalu, a jeśli by to nie pomogło, po prostu wzięłaby go i wykopała na tak zwaną zbitą twarz.

Innym razem jakimś niewiarygodnym zrzędzeniem losu nas, obcych myśli o sławie i chwale, rzuciło w odmęty przypadku i wczoraj będąc nikim, dzisiaj obudziliśmy się w fotelu bardzo ważnego dyrektora departamentu w ministerstwie Spraw Publicznych Ogromnego Znaczenia.

Z samego rana puk, puk, sekretarka zapowiada petenta, który ma dla nas propozycje z gatunku tak zwanych nie do odrzucenia. Taką co to i papu do końca życia, i dachów nad głową po jednym w każdej strefie klimatycznej, zaś jeśli chodzi o rozmnażanie, z pewnością nabrałoby wreszcie nie tylko koloru, lecz także rozmachu. Ryzyko nie istnieje, zredukowane do zera sporą ilością zer po jedynce wzmiankowanej propozycji.

I co taki wystawiony na pokusę ważny minister jeszcze ważniejszych spraw publicznych czyni?

Zamiast się zastanawiać, skorzystajmy z rady mojego niezaprzeczalnie najmądrzejszego w sprawach teorii życia przyjaciela i wstawmy się w miejsce ocenianego przez nas szewca, krawca czy ministra. Wstawmy i zapytajmy: "A co my na jego miejscu zrobilibyśmy w podobnej sytuacji". Po czym spróbujmy szczerze i uczciwie odpowiedzieć sobie na zadane pytanie. Będzie ono prawdopodobnie odpowiedzią, jakiej również ów oceniany udzielił sam sobie. (Ma się rozumieć, jeśli w ogóle raczył się kłopotać trudem zadawania sobie głupich pytań.)

Żeby sprawę nieco zaciemnić, wyimaginowany przykład:

Grupa przedstawicieli pewnego zawodu występuje publicznie ze skargą na pracodawcę, że wynagrodzenie jakie się im należy, powinno być o tyle to a tyle wyższe. Nie, że jest za małe, ale powinno być wyższe.

"No wiecie co? Bezczelność! Większość z nas w ciągu roku nie zarabia tego, co on jeden z drugim przez miesiąc i jeszcze im mało?!"

Wtedy właśnie po raz pierwszy użyłem w praktyce sposobu przyjaciela. Co sam zrobiłbym, będąc w sytuacji domagających się? Oczywiście! Zrobiłbym tak samo! "Okej" - pomyślałbym "weźmie się nas przez chwilę za idiotów, to pewne, ale za to sprawimy wrażenie, że naprawdę pracujemy za pensję."

Naturalnie wszystko, co powyżej, to żarty, kpiny i facecje. Mierzenie własną miarą obowiązuje, owszem, ale głównie w świecie dżdżownic, kiedy poszukują odpowiedniej długości partnera do założenia rodziny. W świecie ludzi miarę posiada każdy własną. Indywidualną, osobistą i niepowtarzalną. Oczywiście z wyjątkiem, kiedy w grę wchodzą sprawy zasadnicze.