T Y G O D N I K

N A S Z A P O L S K A

ISSN 1425-1914 Indeks 332453 NR 50 (321) 12 grudnia 2001

 

   
 

Rodzą się kiełki polskości

Z prof. Andrzejem Stelmachowskim, prezesem Stowarzyszenia "Wspólnota Polska", rozmawia Kaja Bogomilska

- Od 10 lat kieruje Pan Stowarzyszeniem "Wspólnota Polska". Czy jest to skuteczne narzędzie utrzymywania związków z naszymi rodakami za granicą i wspomagania ich w razie potrzeby?

- O to należy zapytać samych zainteresowanych. Tylko ich opinia jest miarodajna. Od siebie mogę powiedzieć o stających przed nami zadaniach. Musimy rozgraniczyć Polonię Wschodu i Zachodu. To są jednak dwa inne światy. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o Polonię zachodnią, udała się nam rzecz wielka. Chodzi o pozyskanie zaufania. Jest to ogromny skarb, na który trzeba było pracować wiele lat. To nasze największe osiągnięcie.

Inaczej jest na Wschodzie. Tam na plan pierwszy wysuwa się działalność pomocowa.

- Jesteśmy w stanie reagować na najistotniejsze potrzeby Polaków ze Wschodu?

- Mamy świadomość, że pomoc, którą dajemy, stanowi kroplę w morzu potrzeb. Niemniej jednak, jeżeli na Białorusi funkcjonuje 14 domów polskich, jeśli na Litwie mamy ciągle jeszcze 123 szkoły polskie, to to jest wkład o charakterze trwałym. W tej chwili zaczęliśmy ofensywę oświatową na Ukrainie, gdzie to szło bardzo opornie. Z ogromną radością wybieram się wkrótce do wsi Strzelczyska w obwodzie lwowskim, gdzie pod nową polską szkołę będziemy wmurowywali kamień węgielny poświęcony prze Ojca Świętego podczas Jego pielgrzymki na Ukrainę. Jak dobrze pójdzie, to na Ukrainie 1 września przyszłego roku otworzymy trzy nowe szkoły: za Zbruczem, za dawną granicą - w Gródku Podolskim, w Strzelczyskach - to jest wiejska szkoła, i w pogranicznych Mościskach. Staramy się robić wszystko, co jest możliwe w danych warunkach. Organizujemy rozmaite kursy, opiekujemy się zespołami folklorystycznymi, wspieramy grupy charytatywne.

- Czy ta działalność budzi odzew?

- Uważam za rzecz niebywałą, że na dalekiej Syberii powstało już trzydzieści organizacji polskich - od Władywostoku po Ural. Odwiedzałem ich dwukrotnie - w tym i w zeszłym roku. Serce rośnie, gdy się patrzy, jak te kiełki polskości rodzą się, dają owoce.

Tak samo nikt nie przypuszczał, że nastąpi żywiołowe odrodzenie się polskości w dalekiej Brazylii. W tej chwili miejscowi duszpasterze szacują liczbę Polaków czy osób pochodzenia polskiego na 1,5 miliona. Oczywiście ci ludzie w ogromnej większości nie mówią już po polsku, ale kultywują polskie tradycje i polskie obyczaje. Mało tego! Miejscowi nie znają zwyczaju dzielenia się opłatkiem na Boże Narodzenie. I ten polski obyczaj zaczyna się przyjmować w grupach etnicznie niepolskich. Bo im się to podoba.

- Czyli pojawia się moda na polskość? Co temu sprzyja?

- Niewątpliwie wybór kardynała Wojtyły na Ojca Świętego. Do tego dochodzi ogromna popularność "Solidarności". Ruch solidarnościowy był czymś, co pobudzało i nadzieję, i fantazję wielu narodów. Dlatego ci z naszych rodaków, którzy ukrywali polskość, wstydzili się przez wiele lat, dzisiaj odnajdują powód do dumy. Jest to czynnik trudny do przecenienia. Naszą rzeczą jest te uczucia pobudzać i wzmacniać, jak tylko się da. W Brazylii to będzie przede wszystkim podtrzymanie folkloru. Nasze stroje ludowe i tańce są piękne. I to znowu działa na inne grupy etniczne. Do wsi Morisi, niedaleko Kurytyby, ściągnęło 10 tysięcy turystów, żeby zobaczyć polskie dożynki. Brazylijczycy nie znają tego zwyczaju.

- Wiele chyba jednak zależy od stosunku władz danego kraju do mniejszości narodowych?

- Oczywiście. Byłem zachwycony, obserwując, jak w Australii realizowana jest polityka wielokulturowości. Tam nie ma problemu z uzyskaniem odpowiednich godzin audycji w radiu czy telewizji. Nie ma problemu z założeniem klubu polskiego. Chętnie widzi się język i kulturę polską w miejscach publicznych.

- A w Europie?

- Duże trudności występują w Niemczech. Obowiązująca tam polityka asymilacji nie ułatwia zadania.

- Tym bardziej na Ukrainie, Białorusi czy na Litwie, gdzie były bardzo wyraźne działania, nazwijmy to, asymilacyjne?

- One jeszcze istnieją, chociaż trzeba przyznać, że na Litwie wprowadzono autentyczną demokrację. To, że Polacy mają swoją reprezentację w parlamencie litewskim, to, że Polacy mają większość w dwóch rejonach w samorządzie terytorialnym, stwarza nową jakość. Na Białorusi do demokracji we współczesnym tego słowa znaczeniu jest bardzo daleko. Gospodarka jest kontynuacją dawnego systemu gospodarki sterowanej opartej o kołchozy, więc mimo że tam odsetek Polaków jest spory, warunki są trudne. Z radością muszę jednak powiedzieć, że Związek Polaków na Białorusi jest silny, liczył w najlepszym okresie 32 tysięcy członków.

Na Ukrainie mamy daleko posuniętą przyjaźń i życzliwość na szczeblu rządowym. Na szczeblu lokalnym różnie to bywa. Generalnie rzecz biorąc, można powiedzieć, że jest zupełnie dobrze na Ukrainie Centralnej i Wschodniej i niedobrze - w części zachodniej, gdzie niestety polonizm zderza się z ukraińskim nacjonalizmem.

- Czy zdarzają się ze strony organów władzy prześladowania działaczy Wspólnoty lub Polaków - obywateli tych krajów biorących udział w organizowanych przez Stowarzyszenie akcjach?

- Prześladowania to za duże słowo. Można mówić o drobnych złośliwościach. O budowę polskiej szkoły w Strzelczyskach staraliśmy się pięć lat... Gdy wreszcie udzielono tej zgody, zaczęły się inne problemy. Odrzucono projekt techniczny, bo nie przewidywał schronu przeciwatomowego. W wiejskiej szkole! Znane wszystkim są kłopoty z renowacją Cmentarza Orląt we Lwowie. To są wszystko elementy oporu wywołanego przez koła nacjonalistyczne. To nie przeważa, nie jest wykładnią oficjalnej polityki władz, ale dla mieszkających tam Polaków jest bardzo uciążliwe.

Podobnie jest zresztą na terenie Niemiec, gdzie mamy przyjaźń oficjalnie deklarowaną, a sytuacja polskiej mniejszości narodowej jest trudna. Przede wszystkim nie uznaje się jej za mniejszość narodową. Według pewnych teorii, za mniejszości narodowe uważa się te grupy etniczne, które tradycyjnie mieszkają na jednym terenie. Za mniejszość narodową uważa się Duńczyków w Szlezwiku-Holsteinie, bo mieszkają zwartą grupą, a nie uważa się Polaków, bo są rozproszeni.

- Jakie są tego efekty?

- Dochodzi do sytuacji paradoksalnych. Nikt nie wie, ilu jest Polaków w Niemczech, ale według ostrożnych szacunków - ok. miliona. Duńczyków jest kilkadziesiąt tysięcy i korzystają z wszelkich praw zarezerwowanych dla mniejszości. Buduje się piękne domy dla mniejszości narodowych, ale dla wszystkich razem. Chętnie daje się pieniądze na imprezę np. polsko-turecką. Oczywiście Polacy nie znają tureckiego i odwrotnie, więc...

- Wszyscy siedzą jak na tureckim kazaniu?

- Nie. Odbywa się to po niemiecku i o to chodzi. Gdyby ktoś powiedział, że są jakieś prześladowania Polaków w Niemczech - byłaby to oczywista nieprawda. Jest jednak polityka, która nie sprzyja rozwijaniu polskości wśród naszych rodaków. Jest także problem, którego nie rozgryźliśmy do końca: co zrobić z ludźmi o podwójnej świadomości narodowej. To w Niemczech usłyszałem określenie "Polako-Niemiec". Nam trudno się z tym pogodzić, ale ja zetknąłem się z ludźmi o autentycznie podwójnej świadomości narodowej.

- Podobnie bywa chyba w USA?

- Tam jest jeszcze coś innego. Oni wszyscy są przybyszami, choć z różnych okresów. Można być Polakiem i jednocześnie czuć się Amerykaninem. Nie ma, jak w Europie, opozycji w stosunku do społeczeństwa zasiedziałego.

- Czy są problemy dotarcia z kulturą polską do środowisk polonijnych?

- Cała Ameryka Południowa nie ma dostępu do telewizji Polonia. Zawarto bardzo nieszczęśliwą umowę dającą wyłączność na 25 lat na cały kontynent amerykański pewnej firmie...

- Jakiej?

- "Pan Spański and Company". Ze względów komercyjnych opłaca się im rozwijać działalność w USA i Kanadzie, a nie opłaca w Ameryce Południowej. Można by spuścić tęgie lanie temu, kto tę umowę zawarł!

- Wie Pan, kto to zrobił?

- Wiem, ale spuśćmy zasłonę litości.

- Czy Stowarzyszeniu udaje się rozwiązać problem repatriacji?

- W tej chwili wojujemy o "Kartę Polaka" i nową ustawę o obywatelstwie. Nie udało się nam załatwić tego za poprzedniej kadencji parlamentu. Będziemy próbować w tej.

- Jakie są szanse?

- To się okaże. Byłoby swoistym żartem historii, gdyby rząd lewicowy załatwił więcej niż prawicowy...

- Mówił Pan Profesor o modzie na Polskę. Czy nie zniknie ona po zwycięstwie wyborczym postkomunistów?

- Owszem, okazuje się mniejszą lub większą sympatię, ale nie spotkałam się ze stanowiskiem, że wobec takiego a nie innego wyniku wyborów w Polsce trzeba się izolować.

- Senat finansuje "Wspólnotę", a więc współpraca z nim jest niezwykle ważna. Jak Pan ją oceniał za poprzedniej kadencji?

- Były trudności. Największe - na płaszczyźnie prestiżowej. Bardzo źle przyjmowano, jeżeli ktoś nas chwalił. Owszem, dostawaliśmy dotacje ze środków publicznych, chociaż tu wdzięczność należy się przede wszystkim polskiemu podatnikowi, ale nie doceniano naszego wkładu organizacyjnego. Zapomniano, że szczególna wdzięczność należy się naszym kierowcom, mamy ich trzech, i wolontariuszom. Jeżdżenie wzdłuż i wszerz po Ukrainach czy Białorusiach wymaga samozaparcia i odwagi. Na tym tle były pewne iskrzenia. W sumie jednak wszystko jakoś szło.

- Obecny Senat pracuje zaledwie niewiele ponad dwa miesiące. Czy można już prognozować przebieg współpracy?

- Pierwsze kontakty były bardzo pozytywne, co stanowi miłą niespodziankę. W tej chwili istnieje cicha walka między Senatem a Ministerstwem Spraw Zagranicznych, które chciałoby u siebie skoncentrować wszystkie sprawy związane z Polonią.

- Gra toczy się o wpływy i o "kasę"?

- Dokładnie. Co z tego wyniknie - nie wiadomo.

- A co jest lepsze dla środowisk polonijnych i Stowarzyszenia?

- Utrzymanie istniejącego stanu rzeczy wydaje się lepsze. Pewien pluralizm jest tu pożyteczny. Jesteśmy organizacją pozarządową i właśnie dlatego możemy rozwiązywać problemy, których władze państwowe rozwiązać nie mogą. Przykładem może być chociażby cała dziedzina spraw duszpasterskich. Tu państwo z założenia nie może się wtrącać. Do tego sfera działalności inwestycyjnych. Rząd polski nie może rozwijać tego typu działalności bezpośrednio na terenie innego państwa - my możemy to zrobić i robimy. Nasza rola będzie zawsze rolą uzupełniającą, ale istotną. Jest jeszcze sprawa odczuć naszych rodaków, przede wszystkim na Zachodzie. Niechętnie widzą oni pośrednie chociażby podporządkowanie rządowi. Lepiej tu się postrzega parlament. Poza tym do tradycji jeszcze przedwojennych należy rola Senatu jako nieformalnego opiekuna Polonii. Wydaje mi się, że wypróbowanych i sprawdzonych form nie należy pochopnie zmieniać.

- A czy nie obawia się Pan, że prowadząca nieraz do absurdu pogoń za oszczędnościami może dopaść Wspólnotę?

- Byłoby to niezwykle smutne, zwłaszcza wobec nędzy, którą cierpią nasi rodacy na Wschodzie, a i oszczędności nie byłyby wielkie. Sumy przeznaczane na tę pomoc też nie są wielkie. Punktem wyjściowym było obcięcie funduszy o 10 procent. Jeśli dodać do tego stopę inflacji, jest to ubytek, ale z nim można żyć. Jeśliby jednak miały nastąpić kolejne cięcia - moglibyśmy zrobić dużą krzywdę i naszym rodakom i skuteczności wobec Polonii tej polityki, którą prowadziliśmy przez poprzednie 10 lat.

- Czy Stowarzyszenie ma problemy z tendencjami antypolskimi, takimi jak te, które pojawiały się wokół fałszywych interpretacji wydarzeń w Jedwabnem?

- Czy "Enigmy"... Na pewno jest to irytujące, ale dotyka bezpośrednio rodaków tam żyjących. Dlatego na ostatnim zjeździe Polonii, który miał miejsce na przełomie kwietnia i maja tego roku, problem obrony dobrego imienia Polaków był wysuwany na bardzo poczesne miejsce. Oni odbierają to jeszcze boleśniej niż my. Dotyczy to ich dzieci, jeśli muszą się uczyć z zafałszowanych podręczników szkolnych. Ich samych - jeśli muszą oglądać filmy czy czytać artykuły szkalujące Polskę. Dla nas jest to pobrzmiewanie burzy. Dla nich - chleb codzienny. Dlatego musimy podejmować wszelkie kroki, żeby minimalizować tego typu sytuacje.

- Czy można liczyć na to, że obecny rząd będzie w tym wspierał"Wspólnotę"?

- Będziemy się o to starać. Resztę - pokaże czas.

- Dziękuję za rozmowę.