POMOC WIERSZYNIE kliknij

WIERSZYNA   (11.02.2002)

Przyszli wygnańce na ziemię sybirską
i obrawszy miejsce szerokie, zbudowali
dom drewniany, aby zamieszkać w zgodzie
i miłości braterskiej

J. Słowacki, Anhelli

Na tych drogach konie boją się samochodów, a kierowcy boją się tych dróg. Konie kulą uszy i zwalają chłopów wraz z wozem do rowu, kierowcy zaś cały czas wsłuchują się czy z trzaskiem nie pęka resor.

Wzdłuż tych dróg stoją smutnie wyciągając szyję drewniane żurawie, stoją chałupki o oknach dotykających ziemi, jak starcy, którym wiek pomału przymyka powieki. Wzdłuż tych dróg siedzą przy wiadrach z kartoflami handlujący ludzie, ciągną się drewniane strzechy, bure, kostropate, nie przycięte jak nie ostrzyżone sztywne czupryny.

Kierowca doskonale zna całą trasę, nigdzie tu nie ma dla niego tajemnicy - oto w tym miejscu, gdzie świeże kwiaty leżą przy małym prawosławnym krzyżu, zabił się pewien gość, którego motocykl wjechał na spacerującą świnię... Fatalne to było zdarzenie i świnią kiedy idzie do dzisiaj jakoś zarzuca, widać kręgosłup ma uszkodzony.

Jedziemy i jedziemy, wokół pola, lasy, znów pola. Teren jest tu dość falisty, tak że chwilami las jak gdyby przelewał się przez drogę. Niekiedy od niej ucieka innym razem znów podnosi się nagle i gwałtownie. Mijamy wioski - wszystkie takie same i tylko czarne napisy na białych tablicach dowodzą, że jedziemy wciąż naprzód, a nie kręcimy się wkoło. Wieś Kudarejka za nami, wieś Paramonowka przed nami, wokół czerwonawa ziemia obrosła trawiskiem. Widzę dwóch staruszków przy drodze, stoją w bezruchu niczym kamienne posągi, kiedy podjeżdżam bliżej widzę, że jeden z nich trzyma w ręku słoik ze śmietaną. I znów pięć starych chałup, tylko nazwa nie taka jak przy poprzednich. Każdy kilometr oddala mnie od Irkucka, a zbliża do ostatniej polskiej enklawy na Syberii - wsi Wierszyny, gdzie do dziś mieszka około pięciuset naszych rodaków.

*

Okolice Wierszyny, rzucone na mapę konturem przypominają nieco ogromną rozdeptaną żabę. Dookoła niezbyt wysokie, ale za to zwarte masywy górskie, gdzieniegdzie tylko przerywane niebieskimi wstążkami rzek. Panorama ścieli się koliście pomiędzy widocznymi na horyzoncie wysokimi zalesionymi górami, bezkresem tajgi na północy i rzeki Angary na zachodzie. Prześliczna okolica. Nieco dalej wielki zbiornik wodny - to Zalew Bracki. W bliskim sąsiedztwie wsi niemało ostępów o charakterze pierwotnym, nieprzebyte leśne bagna, prastare drzewostany.

Z Tichonowki do Wierszyny prowadzi piaszczysta wyboista droga. Droga, podobnie jak ziemia ma odcień głębokiej czerwieni, po deszczu zdaje się być jeszcze bardziej ciemna - prawie fioletowa. Zauważam człowieka idącego wzdłuż drogi. Zatrzymujemy się - pytam ile do Wierszyny.

- Ot tam niedaleko - wskazuje ręką, skąd przyszedł.

- Wy z Wierszyny? - pytam.

- Nie tylko w gościach był... - odpowiada człowiek wnikliwie mi się przypatrując. Po chwili dostrzega mój aparat fotograficzny, twarz mu jaśnieje - już wie, że rozmawia z jakimś korespondentem...

- Możecie wiele nie zrozumieć z tego jak mówią tam ludzie - uśmiecha się chytrze mężczyzna.

- W tych stronach mówi się trochę innym językiem. To taka mieszanina rosyjskiego, polskiego i jeszcze jakiegoś innego polskiego, który tylko oni znają, trudno będzie się wam z nimi dogadać... - uprzedza.

- Oni zresztą sami też różnie mówią. Czasami na złość zwracają się do obcych po polsku, a czasami mówią po polsku do tych których lubią... Na przykład kawaler wybierający się w niedzielę do dziewczyny będzie mówił po polsku, chcąc wydać się jak najbardziej eleganckim i bywałym. Tak też z jego polskim go przyjmą. Z resztą oni tak tu od zawsze mówią - skwitował, po czym uniósł rękę w pożegnalnym geście i ruszył w swoją stronę.

*

Z daleka na pierwszy rzut oka wieś wydaje się niewielka, ot tylko parę chałup, ale to tylko złudzenie, gdyż dopiero za zakrętem zaczyna się właściwa wieś - z prostą, szeroką ulicą. Ulice rzeczywiście były tu kiedyś proste i szerokie; w swoim czasie pilnowano bezwzględnie, aby chałupy budowane były wzdłuż wytyczonej linii. Ale na tym kończył się cały porządek; owe nie po wiejsku szerokie ulice rozjeżdżone były ciężkimi maszynami i przypominały jakiś nieziemski pejzaż.

Każdej wiosny podczas roztopów ciężarówki i traktory z drewnem ubijały na nich błoto na czerwono-czarną pienistą śmietanę, która ciężkimi falami rozlewała się na boki i potem falami zasychała, przekształcając się w kamienne grzędy, tworząc dla ludzi w podeszłym wieku nie do przebycia góry...

Każdego roku Rada Wierszyny zbierała po kilkadziesiąt rubli od obejścia na drewniane chodniki, które zresztą każdego roku układano.

Corocznie w porze wiosennej zwoziło się drewno z lasu, a wtedy po nowo ułożonych chodnikach pozostawały tylko szczapy, gdyż właśnie po nich najlepiej wlekło się kłody. Latem nikt nie miał czasu, by zrobić nowe chodniki, bowiem brygada trotuarowa według planu wychodziła do pracy przed zimą.

I tak nowe chodniki nie zdeptane niczyją stopą leżały do wiosny pod grubą powłoką śniegu, a wiosną od nowa zwoziło się drewno – i znów bezmyślnie niszczono chodniki, jeżdżąc po nim traktorowymi gąsienicami, ciągając po nim nie pocięte kłody. I nie pomagały ani żadne zarządzenia, ani nakazy – w dalszym ciągu jeżdżono po chodnikach, piłowano je i rąbano. Tak było kiedyś. Teraz w Wierszynie już nikt nie wycina lasu, nie kładzie się też żadnych chodników, a i droga jest nieco równiejsza...

W centralnym miejscu wsi stoi drewniany kościółek postawiony gdzieś na początku stulecia; jego ujmująca skromność, czy też sam kolor drewna - delikatnie brązowy, przydał mu patyny wieków. Kościół ten tak naturalnie wrósł w krajobraz wsi i okoliczne krajobrazy, że wydaje się być budowlą, która stała tu od zawsze, wcześniej niż zbudowano tu pierwsze domy... Kiedyś codziennie odprawiano tu msze, teraz tylko raz na dwa tygodnie, przyjeżdża tu z Irkucka Ojciec Ignacy Pawlus - Salwatorianin.

Małe wsie kojarzą się zwykle z obrazem senności i nudy. To trafne skojarzenie – tak jest w Wierszynie. Wszystko ma tu niewielkie rozmiary, nieproporcjonalnie do ludzkich tęsknot i pragnień. Małe konflikty rozdmuchane do wydarzeń, małe problemy będące tylko echem spraw dalekiego Irkucka czy nawet Czeremchowa. Pagórkowatymi dróżkami Wierszyny do dziś przechadza się smutek nigdy niezrealizowanych marzeń o wielkim świecie – przecież miała tu być druga Polska... Puste są kolorowe ławeczki przed domami, młodzież włóczy się w pojedynkę lub przystaje przed sklepem. Co można tutaj robić? Młodzi uciekają ze wsi, w której nie widzą perspektyw. Zostali tylko najbardziej wytrwali. Kiedyś dojeżdżali do pracy do innych miejscowości, niektórzy pracowali nawet w odległym Irkucku – ale już od dawna ta droga uzyskania pracy została dla nich zamknięta, bowiem zarówno w Irkucku, jak w innych miejscowościach borykają się ze swoim bezrobociem. Nawet autobus, który kiedyś przyjeżdżał tu codziennie, teraz dojeżdża tylko w sobotę. Ludzie zwyczajnie się trudzą, walczą o byt, kłócą się, martwią, uśmiechają. Zwyczajne są te ich troski, nad miarę często dokuczliwe. Jest jednak coś, co wynagradza im tą sytuację - to tajga, góry i taki przepych natury, że dech z początku zapiera, a później, jak mawiają sami, na zawsze uszczęśliwia... Żyją po swojemu. Przynajmniej powietrze zdrowe. Nie ma trującego przemysłu. Są tylko oni i natura, a jak gość pod ich dach zawita, to i flaszka samogonu zawsze się znajdzie...

Ogólnie już na pierwszy rzut oka widać, że ta polska wieś bardzo różni się od tych zazwyczaj widywanych na Syberii - jest po prostu inna. Wszędzie widać tu rękę gospodarza. Wkoło ład i porządek. Czasami odnosi się wrażenie, że to jakiś skansen, a nie syberyjska wioska oddalona tysiące kilometrów od Polski. Różnokolorowe schludne domy, świeże firanki w oknach, porządek w obejściu - nawet psy są tu jakby bardziej kulturalne, bo nie za głośno ujadają... Jest coś wzruszającego w tym polskim zakątku położonym na końcu świata, w tej mozaice kolorowych domów jak z bajki, zieleni wzgórz i czerwieni pól...

*

Syberia, to trudno wyobrażalne przestrzenie, to miliony kilometrów kwadratowych tajgi, to jeziora, rzeki, stepy, pustynie i tundra. To miejsce, gdzie jeszcze sto lat temu odkrywano góry, porównywalne swą wielkością do Alp. Na Syberii są jeszcze miejsca, gdzie nie dopłynął żaden statek, gdzie nie stanęła ludzka stopa. Syberia jest w dalszym ciągu krainą wiecznego milczenia, śpiącą, tajemniczą ziemią.

Od wieków, wielu Polakom Syberia kojarzyła się zwykle ze śniegiem, bezmiarem tajgi, katorgą i zesłaniem. Dla wielu z nich stała się drugą ojczyzną dla której poświęcili swoje najlepsze lata, a często życie. Katorga i zsyłka pozostawiały niezniszczalne ślady w umysłach i sercach ludzi. Sama myśl o nich przejmowała grozą. Łączono tę grozę z całą Syberią, z jej nazwą i z wszystkim co jej dotyczyło. Do dziś martyrologia przesłania wszystko inne - dla wielu Syberia stała się wiecznym symbolem mąk i cierpień.

Syberia splotła się z dziejami Polski i Polaków, zwłaszcza w półtorawiekowym okresie rozbiorów. Za caratu zsyłano na Syberię do ciężkich robót i na tzw. osiedlenie. Pierwszą pisaną polską relacją o Syberii, był rękopis Adama Kamieńskiego, żołnierza który w 1657 roku został wzięty do niewoli i zesłany do Jakucji. Był to pod względem literackim nie wiele warty manuskrypt, coś w rodzaju pamiętnika, który został przypadkowo odnaleziony w jednej z poznańskich bibliotek, na początku XIX wieku. Kolejny polski zapis, tym razem drukowany pochodził z XVIII wieku. W 1707 roku dostał się do rosyjskiej niewoli Ludwik Siennicki. Zesłany do Tobolska, a później do Jakucka, spędził na Syberii wiele lat. Po powrocie do Polski około roku 1722, opisał swoje przeżycia, które później zostały opublikowane w Wilnie. Obaj panowie w swych pracach szeroko opisywali życie i zwyczaje różnych ludów syberyjskich. Wynikało to z tego, że były to pojedyncze przypadki zsyłek, a sami zesłani nie byli brutalnie traktowani, a swe odosobnienie traktowali jako swoistą przymusową przygodę... Dopiero tragiczne skutki konfederacji barskiej zapoczątkowały serię masowych zsyłek, z których największą datuje się na rok 1863, kiedy to na katorgę zesłano na Syberię ponad 20 tysięcy Polaków. Wśród nich znaleźli się ludzie najrozmaitszych profesji, od rzemieślnika, architekta, lekarza po naukowca włącznie. Długa jest lista tych ostatnich, których życie w odosobnieniu, zmusiło do poszukiwania nowych form bytu, nadających sens wygnańczej egzystencji. Postacie te otwierają znakomitości jak: Benedykt Dybowski, Jan Czerski, Aleksander Czekanowski, Wacław Sieroszewski, Edward Piekarski i wielu, wielu innych ludzi nauki.

Na początku XX wieku rozpoczyna się dobrowolna emigracja ludności polskiej z rejonów Małopolski i Zagłębia Dąbrowskiego. To typowi osadnicy, głównie ludność chłopska. Warunki na pierwszy rzut oka przedstawiały się nie najgorzej; można było otrzymać 15 dziesięcin ziemi, kwotę 100 rubli bezzwrotnej zapomogi, zwracano koszty biletów kolejowych. Fakt, że mało kto otrzymywał ziemię nadającą się natychmiast do uprawy, gdyż przeważnie był to przydział ziemi zalesionej, którą trzeba było najpierw wykarczować. W tym samym czasie wielu Polaków dobrowolnie przenosi się do miast syberyjskich - chcą robić szybkie dobre interesy. Część rzeczywiście się bogaci, większość jednak, niestety zamienia się w nędzarzy. Wśród zesłanych i przesiedlonych, szybko postępuje zatrata czystości języka. Władze rosyjskie nie muszą się wiele trudzić, naród polski sam na własne życzenie zatracał swą mowę. Jednak nie wszędzie tak było...

*

Wiejska szkoła jest jak główny dworzec wielkiego miasta; wszyscy mieszkańcy albo przez niego przeszli, albo przejdą. Wiejska szkoła to skarbnica wiedzy o historii, ludziach i zdarzeniach. Pytam więc o szkołę, a gdy uświadamiają mi, że są przecież wakacje, pytam o nauczyciela. W chwilę później goszczę już w najprawdziwszym polskim domu, domu w którym mówi się najczystszą polszczyzną.

Ludmiła Wieżentas z domu Figura jest miejscową nauczycielką. Choć jest Polką z krwi i kości, sama uważa się za Sybiraczkę. Ma męża i trojkę dzieci.

Szkoła, w której uczy jest jedyną szkołą na Syberii, gdzie uczniowie uczą się wszystkich przedmiotów w języku polskim. Mimo, że szkoła oficjalnie jest szkołą rosyjską, język rosyjski traktowany jest tu jako język dodatkowy... To swoisty precedens, że pomimo wieloletnich prób zrusyfikowania miejscowej ludności, tak silnie przetrwała tu Polskość. Wierszyna, to ewenement na skalę światową, coś w rodzaju koloni, bowiem w chwili obecnej, jest jedyną miejscowością poza granicami Polski, gdzie wszyscy mieszkańcy do dziś mówią po polsku.

Polacy z Wierszyny przyznają, że tak właściwie nie są typowymi zesłańcami - część owszem, za jakieś drobne przewinienia została tu przesiedlona, reszta natomiast, zamiast szukać szczęścia w Stanach Zjednoczonych, poszukała go na Syberii... Przyjechali tu latem 1910 r - daleka była to droga prowadząca tu z Krakowa, Czubrowic, Błędowa, słowem z Małopolski. Swoją nową ojczyznę początkowo nazwali Trubaczejewskij Uczastek, dopiero później przemianowano ją na Wierszyno, aż wreszcie na Wierszynę.

Zawsze byliśmy i czuliśmy się Polakami - powiadają. Rosjanom nigdy nie udało się nas wynarodowić, na dowód czego niech będzie ten dziwny, niezrozumiały dla nich język, nasza ojczysta mowa, a właściwie dialekt małopolski z niewielką naleciałością gwary śląskiej. Ten język jest naszym prawdziwym paszportem, częścią naszej Polski, jest czymś czego nie można nam zabrać - mówią.

 

Rodzinne strony. Komuż serce nie zabije żywiej na to wspomnienie? Przymknij oczy, a zobaczysz ulicę i uliczki, znane z wcześniejszych kroków. Tam był twój dom. Przypomnij uśmiech matki, godziny spędzone nad odrabianiem lekcji, pierwsze wagary i pierwszą miłość. Może park jeszcze szumi twoimi zwierzeniami. Pamiętasz? Ale czasem wszystko o czym myślisz jest tylko płochą grą wyobraźni, żalem, że tak właśnie nie było. Tę sceptyczną prawdę mieszkańcy Wierszyny genetycznie odczuwają najboleśniej i najdotkliwiej na sobie. Ich dziadkowie opuścili rodzinne strony zbyt wcześnie, aby je mogli pokochać. Nie zdążyli nawet zapamiętać swego miasta, głosów jego ulic, blasku jego gwiazd. Dla żyjących obecnie w Wierszynie rodzinne strony dziadów to tylko mały punkcik na mapie gdzieś na południowych krańcach Polski. Taka mała oaza sentymentalnych imaginacji i podnieta dla wyobraźni. Czasami wieczorami płyną pieśni jak wody Wisły - melodie jakże dobrze wszystkim Polakom na świecie znane. Umarli dziadowie, lecz nie umarła ich mowa, nie umarły ich pieśni w Wierszynie.

Ludmiła jest wnuczką polskich osiedleńców, którzy przybyli tu z Czubrowic koło Olkusza. Urodziła się i wychowała w Wierszynie. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności w 1990 roku wyjechała na studia do Gdańska, które ukończyła w 1995 roku. Ma w Polsce wielu przyjaciół i znajomych.

- Nikt nie wierzył we wsi, że po studiach wrócę do Wierszyny - zwierza się Luda. Wierzyłam tylko ja sama. Bardzo tęskniłam za domem. Śmieszne to, ale po nocach śniłam o domu, a patrząc na las koło akademika przy ulicy Polanki, roniłam łzy, wspominając swoją ukochaną tajgę... Cóż każdy ma swój ideał doskonałego miejsca.

- Tak naprawdę, ani przez chwilę nie myślałam, że wytrzymam do końca - tęsknota za Syberią była tak silna, że liczyłam się z tym, że w każdej chwili przerwę studia i choćby na piechotę, ale wrócę do Wierszyny... Teraz jestem już mężatką, mam trojkę, ale wtedy byłam panną i jeszcze nawet nie znałam obecnego męża, nie wiem więc skąd się wzięła u mnie ta wielka tęsknota za domem. Notabene - nawet pracę magisterską postanowiłam napisać w Wierszynie - dodam, że często przy świeczce, gdyż nie zawsze we wsi było światło...

- Bardzo trudno opowiedzieć, opisać jak człowiek będący „innym” w monolitycznym społeczeństwie, szybko musi dojrzewać - wspomina.

- Jak wcześnie musi brać za siebie odpowiedzialność. Za to mówi, za to co robi, za to w kim w ogóle jest. Ta inność sprawia, że każdy dzień, każda sytuacja - czy to nauka, czy tylko przejście przez ulicę - wymaga koncentracji fizycznej i intelektualnej. Jest rodzajem walki z życiem, z zewnętrznością. Przynosi za sobą zmęczenie, niejednokrotnie dotkliwe i wtedy człowiek odreagowuje stresem, stara się uporządkowaćżne poplątane myśli, szukając zarazem swego miejsca i recepty na szczęście - trudno gdziekolwiek być obcym...

- To że wytrwałam do końca zawdzięczam tylko jednej osobie - mojemu promotorowi, który naprawdę otoczył mnie iście ojcowską opieką. Bez jego pomocy i dobrego słowa nie wytrzymałabym w kraju dziadków ani jednego roku. To prof. Józef Bachórz z Uniwersytetu Gdańskiego sprawił, że teraz jestem magistrem i mogę uczyć w tutejszej szkole. Będę mu za to wdzięczna do ostatnich swoich dni.

- My Sybiracy jesteśmy trochę inni. Krainę tę zamieszkuje około stu dużych i małych narodowości. Odmienność zachowań, tolerancja, rodzinna poligamia, sposoby polowań, obyczaje i zwyczaje, to tylko niektóre z elementów różniących naszą wielką rodzinę. Łączy nas jednak wiele więcej: surowy klimat, trudna codzienność, przede wszystkim wspólne wydarzenia historyczne. Te ostatnie sprawiły, że staliśmy się twardzi, a niedola i niedostatek z jakimi się od zawsze spotykali uczyniła nas wrażliwymi na wszelkie ludzkie nieszczęście. Sybiracy, to nietuzinkowa społeczność, to ludzie wielkiego serca i honoru, którzy w skarbcach swych dusz noszą nieskończenie cenne rzeczy, a jedną z nich jest wrodzona potrzeba niesienia pomocy drugiemu człowiekowi. Na Syberii podróżni, pokrzywdzeni i głodujący tułacze wszędzie spotkają się z uprzejmością i pomocą w myśl zasady – dzisiaj w biedzie Ty, jutro mogę być ja. Jesteśmy ściśle związani z przyrodą, ze środowiskiem geograficznym, w którym żyjemy. Nie sztukujemy życia letargiem, gdyż nie mamy na to czasu. Syberia, to jedno z ostatnich miejsc na ziemi, gdzie przemieszczając się, długo można sycić się nostalgicznym pięknem krajobrazu, zanim zobaczy się jakiekolwiek oznaki ludzkiej obecności. Codzienność wymogła na nas hart, wytrzymałość, siłę woli i ostrożność. Życie na tej srogiej ziemi, gdzie brak jednej zapałki może decydować o życiu, to znaczy cały czas biec do przodu nie oglądając się za siebie...

- Często we wsi rozmawiamy o Polsce i zawsze dochodzimy do wniosku, że wcale nam nie żal waszego bogactwa i dostatniego życia. Na pewno, żyjemy skromniej, ale za to ile mamy więcej spokoju i pogody ducha... A może, to po prostu tak, że nie tęskni się do nieznanego...

- Byłam w Polsce, akurat w latach przeobrażeń politycznych, zauważyłam, że wszyscy jak jeden od razu chcieli zostać bogaczami. Patrząc na to z boku stwierdziłam, że bogactwo w większości przypadków stanowi podstawowe źródło przepotężnej siły, siły rozmnażania się głupoty, miernoty i banału. Człowiek sprzedaje swój czas swoją pracę, wreszcie swoją godność za cenę posiadania rzeczy, które w większości przypadków są mu zbędne. Nie wspomnę już o sferze istnienia, sferze własnego ja, swojej istoty, gdyż posiadanie majątku wchłania tę ostatnią, czyli Kategorię Istnienia. Posiadacz domu z basenem i drogiego samochodu żyje w stałym stresie posiadania, spala całą swą energię, by zachować to co już ma. A co ma? Trochę cegieł i kupę rdzawiącego z każdym dniem metalu. Nawet prosty robotnik, nie ważne czy to w ustroju socjalistycznym, czy kapitalistycznym zawsze jest i będzie tragiczną ofiarą bogactwa, oszustwa i wyzysku. Przekształca on bowiem samego siebie, swoje istnienie na siłę roboczą, we własność, którą dobrowolnie lub z konieczności sprzedaje zawsze ze stratą, aby w formie rozreklamowanych tandetnych produktów ją odzyskać, znowu się sprzedać i tak w kółko...

- Nie chcę filozofować - zarzeka się Ludmiła. Nie oponuje również przeciwko idei pracy, która uważam za jeden z najważniejszych przejawów ludzkiej natury – chce tylko powiedziećże nic nie warte to wszystko, życie jest krótkie i nikt nie zdoła niczego zabrać ze sobą...

 

- Żyjemy tu zupełnie inaczej. Szkoda że w Polsce tak mało wiecie o Sybirakach - żali się Ludmiła.

- Poznawanie człowieka nie da się pogodzić z życiem poświęconym polityce, a wasi niektórzy dziennikarze mają niestety to nieszczęście, że natchnienie, czyli dar twórczy wypływa z najmniejszej szlachetnej i czystej cząstki ich osobowości. Wypływa z tego, co w nich samych tkwi, z tego, co przez całe życie starają się wymieść, z zasięgu swojej świadomości – słowem z niedorozwoju, który sprawił, że nic w życiu nie doświadczyli, że nic o nim nie wiedzą, bo nie uczyli się tego na studiach... Wszyscy oni na własne nieszczęście odkrywają, iż bohaterowie ich paplaniny rodzą się z ciemności... Czasami zastanawiam się gdzie oni wyszukują ten cały śmietnik obrzydliwości...

- Mam tu na myśli wszystkich tych, którzy na Syberii wkoło widzą tylko biedę i nieszczęście. Wreszcie tych, których obiektywy kierują się zawsze w kierunku - za przeproszeniem rozwalonych klozetów... Przecież, aby sfotografować bałagan nie trzeba aż tu przyjeżdżać - macie na miejscu swoje PGR... Osobiście je widziałam, wiem że obecnie niczym się nie różnią od naszych kołchozów... Cóż - wizje katastroficzne zawsze będą cieszyły się dużą popularnością.

- Podobnie sprawa się ma z Wierszyną. Ostatnimi czasy zaraz po Jeziorze Bajkał staliśmy się nie lada atrakcją turystyczną. Coś w rodzaju ogrodu zoologicznego połączonego z skansenem... Z roku na rok coraz więcej osób z Polski do nas dociera. Oczywiście nie mamy nic przeciwko odwiedzinom, ale mamy prośbę do przyjeżdżających, aby wreszcie zaczęli traktować nas normalnie, a nie jak jakieś więzione, nieszczęśliwe istoty.

- Dochodzi do tego, że ludzie przyjeżdżają tu po to, aby nam współczuć. Sic! Wyobrażają sobie, że my straszliwie tu cierpimy, a ich przyjazd, jest dla nas wielkim świętem, które zostanie nam w pamięci do końca życia... Ofiarowują nam niczym Kolumb dzikim, jakieś świecidełka, lusterka, zapalniczki, i lizaki... - myślą, że nas hojnie obdarowali i będziemy się tym cieszyć jak małpy blaszką...

- Świat naprawdę nic o nas nie wie. Każdy przybysz znad Wisły obiecuje góry złota, namawia do powrotu do kraju, stara się nas pouczać, chce na siłę zmienić nasze życie. Ludzie nie rozumieją jednego, że Syberia dla Polaków tu mieszkających, to nasza mać... - po prostu nasza ziemia, z którą jesteśmy zrośnięci na dobre i złe, połączeni od kołyski aż po grób. Wielu z nas, szczególnie tych starszych, nie wytchnęło nawet nosa poza Wierszynę, poza bezkresne obszary, rozciągające się wokół naszych domostw. Świat dla nas zaczyna się i kończy w tu, gdzie ogarnia nas zewsząd bezmiar tajgi... My, którzy się tu wychowaliśmy, naprawdę nie możemy żyć bez miejsca urodzenia.

- Nasi rodacy z kraju myślą, że skoro w Rosji nie ma pracy, a w sklepach jest drożyzna, to - umieramy tu z głodu. Tak nie jest i nigdy nie było, gdyż człowiek obyty z tajgą nie zginie z głodu, nawet gdy zdechnie mu ostatnia krowa, a całe domostwo spłonie wraz z zapasami...

- Tajga jest pełna zwierząt o czerwonej gorącej krwi, które można położyć jednym strzałem, potem poćwiartować, upiec i jeść, aż do nasycenia się ciepłem i błogością życia, a resztę przechować w letnikach* na czarną godzinę. W tajdze nie tylko są zwierzęta, w niej jest wszystko, co do życia potrzebne. Rosną w niej warzywa i owoce, co prawda w stanie dzikim, różniącym się nieco od tych widywanych w sklepach, ale za to bezpłatnie i w dużych ilościach. Asortyment jest duży: jagody, borówki, czarna i czerwona porzeczka (krasna i czierna smorodina), dziki czosnek (mangir), dzika cebula (ług) oraz grzyby. Te ostatnie są wszystkie jadalne pod warunkiem, że rosną za kołem polarnym, tam bowiem w ogóle nie występują żadne trujące grzyby!

- Dobrze, a co zrobi człowiek, gdy nieszczęście przytrafi się mu w środku zimy, kiedy skarby tajgi nie owocują? - pytam z ciekawością...

- Mateczka Syberia również i o to się zatroszczyła - odpowiada dumnie Ludmiła. Rośnie bowiem w tajdze drzewo zwane przez miejscowych kedrem, właściwie to nic innego jak limba syberyjska, cedry bowiem na Syberii w ogóle nie występują. Iglak ten ma wielkie szyszki pełne nasion, zwanych potocznie orzeszkami cedrowymi. Wspomniane orzeszki są wielkości ziarenek palonej kawy i tak też z daleka wyglądają. W jednej szyszeczce znajduje się ok. 50 – 70 gram tych pożywnych owoców, przypominających w smaku nasiona słonecznika. Omawiane owoce zawierają ponad 60% tłuszczu oraz wiele mikroelementów potrzebnych organizmowi. Z orzeszków cedrowych można przyrządzić śmietanę, mleko, masło, a więc nabiał. Wystarczy obłupać je z cienkiej skórki rozgnieść i zagotować z małą ilością wody. Po wystudzeniu mikstura ma smak i konsystencję gęstej śmietany. Ma się rozumieć można spożywać je na surowo ich smak jest zbliżony do nasion słonecznika.

- W pobliżu miejsca gdzie występują cedry skupia się swoisty łańcuch pokarmowy. Pod śniegiem zachowuje się mnóstwo szyszek ze smacznymi orzeszkami, na które zlatują się wszystkie zimujące w tajdze ptaki (jarząbki, głuszce itd.), a gdzie ptaki tam inne zwierzęta więc nawet prymitywnymi sposobami można ułatwić sobie pozyskanie żywności.

- Sybiracy w tajdze znajdą każdy zamiennik. Na przykład w razie braku herbaty pije się cziagę. Cziaga, to taka czarna narośl w kształcie kuli rosnąca na brzozie.

* - naturalne lodówki, piwnice wykopane w wiecznej zmarzlinie.

- W Polsce mówią na to czeczot. Proszę nie mylić tego z hubą, bo ta jak wiadomo jest przecież grzybem.

- Cziagę należy odrąbać od drzewa, umyć i po prostu wrzucić do wrzątku. Po dziesięciu minutach, mamy kolor i smak prawdziwej herbaty! W medycynie ludowej herbata ta, używana jest jako środek zapobiegający i leczący raka w początkowym jego stadium, nie muszę chyba dodawać, że jest źródłem witamin i innych składników mineralnych niezbędnych ludzkiemu organizmowi.

- Nawet chleb można upiec na bazie tajgi... Jeżeli nie posiadasz mąki, a masz ochotę na bułkę lub chleb, to poszukaj wyschniętych owoców czarnego bzu. (czeremcha) Owoce te zmielone na kamieniach zastąpią ci mąkę ze wszystkimi jej właściwościami, tylko kolor będzie nieco fioletowy. Na ewentualne rany lub skaleczenia dobra jest żywica cedrowa zmieszana ze zmiażdżonym igliwiem sosny i niedźwiedzim sadłem - po tej maści wszystko się zagoi. Do picia zaś polecam sok z brzozy, jeśli masz butelkę lub menażkę dodaj suszonych jagód lub innych owoców i odstaw go w zamknięciu na kilka dni – kolor i smak francuskiego szampana... Mogłabym o syberyjskiej kuchni opowiadać jeszcze kilka dni, ale przecież nie opracowujesz książki kucharskiej...

- Naturalnie nie zawsze w Wierszynie było kolorowo... - wspomina Ludmiła. Choć Polacy na tych ziemiach od początku lepiej gospodarowali, były czasy, może nie głodu, ale totalnej biedy. Wczesny Stalinizm, początek lat trzydziestych. Wszystko trzeba było państwu oddawać. Starsi opowiadali, że raz na tydzień piekło się w domu czarny chleb, a raz w miesiącu kołchoz dawał z przydziału biały. Później tym białym zakąszano czarny, jak kiełbasą... Niektórzy umierali od ostrego klimatu, innym udawało się przetrzymać najcięższe lata, niektórzy prowadzili życie ledwie wiążąc koniec z końcem, inni dorabiali się majątku. To były złe i okrutne czasy, które mam nadzieję nigdy już tu nie powrócą.

- A co nowego w Gdańsku? - zapytała chcąc już wreszcie zmienić temat...

- W Gdańsku jak w Gdańsku - zawsze coś nowego...

Teraz z kolei ja opowiadałem, a Ludmiła słuchała. Wróciły wspomnienia; Luda pytała, o miejsca, ulice i znajomych ludzi... Przy pożegnaniu wręczyła mi kartkę z gdańskimi adresami. - Proszę wszystkich ode mnie serdecznie uściskać - powiedziała.

*

Słońce skryło się już poza lasem. Niebieskawo-zielone świerki ciemnieją, stają się na tle czerwonej zorzy niemal czarne. Po seledynie nieba wędrują chmurki chłonące chciwie ostatnie blaski niewidocznego już słońca.

W wiosce słychać typowe odgłosy wieczornej krzątaniny: pobrzękiwanie wiader, ryczenie krów, szczekanie psów i pisk rozbawionych dzieci. Kobiety noszą wodę ze studni, mężczyźni karmią inwentarz, ktoś piłuje drzewo, gdzieniegdzie ciepły siwy dym unosi się pionowo z komina... Życie w wiosce tętni całą parą. Widok sielski i niezwykły, przypominający lekturę bajek Grimma, uroczy przez swą prymitywność i niewydarzoną prostotę.

Ludzie widząc mnie spacerującego miedzy domami, przerywają na chwilę pracę, po czym nieco zdziwieni, obojętnie powracają do swych zajęć. Ktoś gdzieś woła:

- Józek, a zajdź wieczorem „do maryniorza”...

- Przepraszam, kto tu jest marynarzem - zapytałem starszą niewiastę siedzącą na ławce przed domem.

- Jaki on tam marynarz - nigdy morza nie widzioł. To taki jeden, a przezwisko dali mu po żonie.

- Maryna jej...

- Oj chwata, to kobitka, charakterna, jak trza, to i chłopa na plecach do domu przyniesie, no i... z tego poszedł „maryniorz” - czyli od Maryny.

- Zabawne to przezwisko - uśmiechnąłem się.

- Zabawne, zabawne, ale takich zabawności, to we wsi więcej...

- Ot na przykład, mówi się „ idę do studziada”

- A wzięło się to stąd, że któryś tam z pradziadów Antoniego miał nawyk zakląć sobie przy lada okazji - „a do stu dziadów" - i to już przylgnęło do następnych pokoleń - tu w Wierszynie czas nie wiele zmienia - powiada uśmiechając się szczerze.

Idę dalej, rozmawiam z ludźmi - z wszystkimi po polsku! Jest Józek, Wojciech, Władek, Helena... Nawet hałaśliwie bawiące się dzieci wrzeszczą w dobrze znanym mi języku.

Dopiero teraz zwracam uwagę na to, że domy w Wierszynie stoją w pewnej odległości od siebie, a nie w zwartej zabudowie, jak u Rosjan. Daje to mieszkańcom pewna intymność, bowiem sąsiad sąsiadowi nie zagląda przez płot na podwórko.

Przede mną ściele się właśnie taki piękny malowany domek, zdawałoby się pachnący jeszcze farbą. U jego szczytu stos równo ułożonych polan. Dom otoczony jest ogrodem. Kwiaty, trawniki, jakieś drzewka. Dalej fasolka, pomidory, marchew, kapusta, a miedzy nimi alejki, wysypane drobnymi kamyczkami. Wydaje się, że wszystko co znajduje się w tym obejściu, ma zapach zieleni... Nie przywykłem do takiego widoku na Syberii. To widok wręcz teatralny, wszystko zdaje się być tylko rekwizytami... Nawet ludzie. Tak jak ta starsza niewiasta w kolorowej chustce, siedząca na ławce przed domem. Wydaje się, że gdyby odeszła z tego miejsca, w otoczeniu zostałaby dziura, jak po wyrwanym zębie...

Ludzie chodzą od domu do domu - powoli, powolutku... Nigdzie się nie spieszą, nigdzie nie zamierzają dojść. Siedzą na ławeczkach. Długo, bez ruchu, tak jakby wciąż myśleli o rzeczach minionych...

Chodzę po wiosce, przyglądam się domom, przyglądam się ludziom. Jacyś staruszkowie zapraszają - chodźcie herbatki popijemy - powiadają. Nie trzeba mnie długo namawiać. Chwilę później siedzę już w kuchni przy niewielkim stoliku ustawionym tuż przy oknie.

Dyskretnie rozglądam się wkoło. Dom jak każdy wiejski dom, tyle, że zadbany. Ogromny piec z policą czyli miejscem do spania, ogrzewający kuchnię i sąsiednią izbę, zajmował trzecią część pomieszczenia. Jego konstrukcja była funkcjonalna i dostosowana do warunków długich zimowych chłodów. Na wysokości ramion znajdowała się ruska pieczka, gdzie zapewne raz w tygodniu gospodyni piekła chleb. Poniżej był właściwy piekarnik, czyli głęboki otwór z blachą i fajerkami do gotowania, który zakrywało się blaszaną zasłoną. Na samym dole prawie na całej długości pieca była wielka wnęka, w której można wyhodować pisklęta lub suszyć drewno na opał. Wreszcie na górze wspomniana obszerna półka do spania, gdzie wygodnie się mieściły cztery osoby. W gornicy czyi izbie, kilimy na ścianach, a na nich święte obrazy oraz uśmiechnięty, młody jeszcze papież.

Na stoliku, tłok jak w teatralnej garderobie: lustro na podpórce, szczotka, cały zestaw grzebyków, garnuszek z masłem, maszynka elektryczna, stare zdjęcia. Dziadek powiada, że już nadszedł jego czas, czas kiedy można podsumować życie - zobaczyć co los dał, a co zabrał... Mówi, że już naszły go te dni, kiedy coraz częściej staje przy oknie i patrzy. Bardzo długo patrzy. A za oknem wszystko jak ze Staffa...

Popijamy herbatę, płyną wspomnienia, oczy grają, ręce odtwarzają gesty wielkich aktorów... Miło posiedzieć w tym polsko-syberyjskim domu, ale cóż komu w drogę... Dziękuję serdecznie za gościnę i ruszam w kierunku skraju wsi, gdzie czeka na mnie umówiony kierowca.

Idę przez wieś, wzdłuż chłopskich zagród, czuje jakiś dziwny niedosyt, może dlatego, że tak krótko tu byłem. Patrzę na domy, na ten kawałek Polski, oddalony tysiące kilometrów od stolicy... Ile domów tyle scen, na których występują wspomnienia. W każdym stoją przy oknach ludzie, a za oknem wszystko jak u Staffa...

*

W drodze powrotnej nawala nam samochód. Na tych drogach konie boją się samochodów, a kierowcy boją się tych dróg... - nie możemy więc liczyć na żadną pomoc. Cóż - nie ma wyjścia, będziemy nocowali w tajdze. Kierowca już dobrze wie o tym, gdyż znosi gałęzie na ogień...

Niebawem pociemniało całkiem i wszystko w koło stało się niewidoczne, tylko blask ognia jaśniał wśród drzew. Leżałem przy ogniu i wsłuchiwałem się w głos tajgi; wydawało mi się teraz, że każde drzewo przemawia na wietrze innym głosem: słyszę drgania, westchnienia, szepty i przeciągłe jęki. Później nastała cisza i słyszałem tylko bicie własnego serca. W tajdze działy się rzeczy niewidzialne utajone za dnia... Wreszcie wiatr powoli ożywił się i na powrót las i noc zaczęły trzeszczeć, gwizdać i szeptać. Ogarnęła mnie błogość. Gdzieś w górze brzmiała wieczysta pieśń powietrza, dalekie i bezgłośne, nie milknące niby granie. Nadsłuchiwałem długo, aż wreszcie jakieś drganie zaczęło mieszać mi myśli...

Ranek był wilgotny, szary i bez ptaków. Kierowca już krzątał się koło samochodu. Diagnoza - pompa paliwowa. Trzeba wymontować i z czegoś zrobić nową membranę...

 

Jest wieczór kiedy dojeżdżamy do Irkucka. Rynek w hali targowej skończony, tylko opieszali pakują ostatnie tobołki. Na wyszczerbionych płytach chodnika dzieci tłuką orzechy... Stare drewniane domy ustawione wzdłuż ulicy Dzierżyńskiego pamiętają nie takie targi. Dwieście lat temu przyjeżdżali tu kupcy z całego świata. Domy uginały się pod towarami. W niektórych z nich budowano nawet piwnice, by było dość miejsca przeróżnym bogactwom. Wesoło i gwarno było w dawnym Irkucku, księgi miejskie niejedną ucieszną i groźną historię z owych czasów przekazały. Taki właśnie Irkuck zastali dziadkowie Ludmiły, Heleny, Wojciecha i tysięcy innych polskich zesłańców.

 

Romuald Koperski