wizytagoeteborg.htm

Wizyta

Bedac na wakacjach w rodzinnym miescie, czas na odwiedziny znajomych. Tych dalszych, blizszych i najblizszych, choc po wielu latach sporadycznych zaledwie wizyt, nie wiadomo juz dokladnie, ktorzy jacy. Nie karmione wspolnymi zainteresowaniami, smutkami i radosciami z nieublagana konsekwencja gasna najgoretsze nawet przyjaznie, ktorych nie ratuja dwa razy do roku wysylane kartki z zyczeniami wszystkiego najlepszego, bedace zaledwie informacja typu: "hej, tam! my w tym roku jeszcze zyjemy, a wy?" Po jakims czasie procz owych pelnych pieknych zyczen pustych kartek nie pozostaje juz doslownie nic i miejsce niegdysiejszej przyjazni zastepuje meczace zazenowanie na sama mysl, ze to z naszej winy, ze to my doprowadzilismy do obecnej sytuacji i powstalego chlodu. Cos trzeba z tym zrobic.

Wklada sie wtedy garnitur, kupuje bomboniere wraz z bukietem kwiatow w celofanie z wstazka, odnajduje w notesie adres, wsiada do taksowki i jedzie. Na dole w klatce schodowej sprawdza sie jeszcze dokladnie spis lokatorow ze skrzetnie ukrywana nadzieja na nieodnalezienie wlasciwego nazwiska na liscie, odnalazlszy je jednak, idzie sie w strone windy.

Pieter jest dziewiec, a lat? Zaraz, ile to bedzie? Mlodsza corka miala siedem, jak byla komunia starszej, a wtedy nasz syn byl chyba w czwartej klasie. W czwartej? Nie, skadze! W czwartej to byl, kiedy siostra szwagra brala slub, a to bylo trzy lata po tym, jak widzielismy sie po raz ostatni. Co???! Niemozliwe! Syn ma teraz dwadziescia piec, wiec to musialo byc przynajmniej osiemnascie lat temu! Czyzby naprawde czas robil nam takie kawaly??

Na mosieznej wizytowce elegancko wygrawerowane nazwisko. Zgadza sie. Pukamy delikatnie, nie osmielajac sie awanturowac dzwonkiem. Gdyby mieli telefon, ulatwilibysmy sobie sprawe, dzwoniac wczesniej, ale skad tam telefon u kolegi? Nigdy nie byl za nowinkami.

W drzwiach ukazuje sie starszawy, siwy jegomosc w okularach, ktory rozpoczyna konwersacje od nie dokonczonego pytania: "Pan w jakiej spra...?" Potem, jakby dla dodania sobie pewnosci, cofa sie o krok w glab mieszkania, drapie z zaklopotaniem w glowe i nie majac widocznie lepszego pomyslu na powitalna mowe, rzuca w strone pokoju:

- Halinanaaaa! Chodz-no na chwile! Zdaje sie, ze mamy gosci!

Mina przywolanej zony z poczatkowej lekko zaciekawionej przechodzi najpierw w obojetna, potem w nieznacznie poczatkujaco-niedowierzajaca, zaraz potem w zdecydowanie zaskoczona. W koncu, lapiac w pluca wielki haust powietrza, jakby wyskoczyla spod wody, wykrzykuje na cale gardlo:

- Nieeee! To wyyyy??! Naprawde?? Matko Boska, w zyciu bym nie poznala! Wejdzcie, prosze!

Nie mowi jednak prawdy, bo poznaje, jako ze sugerowane personalia zgadzaja sie z naszymi. W trakcie chaotycznego, pozbawionego kolejnosci i porzadku zmieszanego obsciskiwania sie w przedpokoju rozpoznajemy sie ostatecznie, dziwimy do syta, niedowierzamy, komplementujemy, ze alez! oczywiscie! swietnie wygladamy! nic, ze troszke tezsi, bardziej lysi, siwi, zmarszczeni, w okularach, wykrzywieni obolalymi wlasnie od tygodnia korzonkami, ale... co tam, mowic, trzymamy sie dziarsko, ze prawie nie widac zmiany od ostatniego spotkania.

Zostajemy usadzeni przy stole, zona kolegi podaje kawe, ciasto swojej roboty i kompot ze sliwek. Opowiesciom nie ma konca. A to o tym, jak babcia zasnela na tapczanie podczas ogladania Bolka i Lolka i juz sie wiecej nie obudzila, to znow o koledze ze szkolnej paczki, ktory wpadl pod auto, ale sportowe i w dodatku trzezwe, to znow o nagrodach wylosowanych za rozwiazywanie krzyzowek, czy o kocie, co skoczyl z dziewiatego pietra. Pogadujemy sobie, grzejac sie w cieple zwyklej, powszedniej rodziny, kochajacej sie z pewnoscia nie tylko na pozor i z okazji. Nie przejmujemy sie zbytnio podnoszeniem swoich osiagniec i zaszczytow czy tez utyskiwaniem na ich ewentualny brak. Nie obciazamy komunistow, kapitalistow, konkurentow, sasiadow, malzonkow lub dzieci za swoje nieodwzajemnione krzywdy, a nawet nie mowimy w ogole o krzywdach. Jakby akurat tej rodziny nie dotyczyly zmiany ustroju, skladu rzadow, nazw ulic i ilosci zer na banknotach. Rozmawiamy o nas samych. O naszych sprawach i klopotach, o naszych dzieciach i wnuczkach, o kocie, siostrze, szwagrze, o slubach, chrzcinach i urlopach.

Jakze to inne od wiekszosci spotkan rozpoczynajacych sie zwykle od: "Byliscie juz pewno w sklepie i widzieliscie ceny. No, co? Nie skandal?... Przy czterystu zlotych emerytury tescia!?" A konczacych sie: "...tylko uwazajcie na ulicach wieczorem, bo bandytow pelno, a wy juz z daleka wygladacie na obcokrajowcow z wypchanym portfelem". Natomiast w srodkowej czesci informacyjnej dowiadujemy sie, ze w odroznieniu od czterystu zlotych tescia sami rozmowcy dysponuja miesiecznie szescioma tysiacami, zmienili ostatnio garaz, bo nowa honda potrzebowala czegos przestronniejszego oraz ze, odejmujac sobie od ust, wplacili siedemdzieisiat tysiecy zadatku na budowe willi pod miastem.

Dzisiaj, juz po powrocie do domu, kiedy za oknem panoszy sie jesien, a porywiste, sliskie, lepkie i przemokniete wichrzysko probuje przywlec skadcis poszarzale chmury na jutrzejszy poranek, puszczamy niekiedy film nagrany podczas tamtego milego wieczoru w skromnym mieszkaniu Przyjaciela z Mlodosci. I ogladajac, grzejemy sie w cieple jego zwyklej, powszedniej rodziny kochajacej sie z pewnoscia nie tylko na pozor i z okazji.

Andrzej Niewinny Dobrowolski
E-mail: bajofraj@algonet.se

03.08.2001